Po małej wakacyjnej przerwie dziś znów przenoszę Was nad Tamizę, tym razem w stronę Limehouse, gdzie znajduje się pub, który liczy sobie więcej lat niż taka na przykład St. Paul’s Cathedral. Opowiem Wam o The Grapes, dawnym The Bunch of Grapes, które stoi w tym samym miejscu nieprzerwanie od 1583 roku!
Zanim pomyślicie sobie „wow, to już 500 lat?”, spieszę dodać, że obecny budynek pochodzi z roku 1720. Wszystko za sprawą Wielkiego Pożaru z 1666 roku, który strawił większość londyńskich pubów (i nie tylko pubów), poza małymi wyjątkami, takimi jak tawerna The Seven Stars, (o której pisałam Wam tutaj), ale i tak pubowa historia na tym skrawku nabrzeża szlifuje się co najmniej od epoki elżbietańskiej.
Pub z celebrycką historią
To właśnie stąd, z kamienistego brzegu Limehouse Reach, dzielni angielscy żeglarze ruszali w nieznane, a zanim wyruszyli musieli się odpowiednio „zrobić” w jednej z miejscowych tawern. Podobno nawet Sir Walter Raleigh (pupil Elżbiety I, słynny poszukiwacz El Dorado i mentalny prekursor angielskiej kolonizacji Ameryki Północnej) wypłynął stąd na swoją trzecią wyprawę do Nowego Świata.
Trzeba przyznać, że The Grapes ma w sobie coś z magicznej kapsuły czasu. I tak w XIX wieku winogronowy pub gościł młodego Charlesa Dickensa, który w Limehouse odwiedzał regularnie swojego ojca chrzestnego, dlatego dobrze znał tę okolicę i ten przybytek. Upamiętnił go nawet w pierwszym rozdziale swojej powieści „Our Mutual Friend” jako „tawernę o puchlinie wodnej, która dawno popadła w stan krzepkiej niemocy. Przetrwała niejeden bardziej elegancki pub, wisząc nad wodą jak drzemiąca boja, która zbyt długo waha się, czy zanurzyć się w nią cała”. W środku zresztą czeka na wielbicieli tego pisarza cała kolekcja jego dzieł, bo któż by nie chciał zagłębić się w klasycznej lekturze, w knajpie, którą odwiedzał słynny Dickens?
Ulica Wąska (Narrow Street), przy której pod numerem 76 znajduje się The Grapes, jest zresztą kojarzona z wieloma wybitnymi malarzami. Francis Bacon mieszkał i pracował pod numerem 80, a Edward Wolfe – pod 96. Whistler zainspirowany tutejszymi krajobrazem namalował „nokturn” Limehouse. Te artystyczno-malarskie wątki są podtrzymywane w the Grapes, którego ściany zdobią: olejny obraz marynisty Napiera Hemy’ego, akwarele Louise Hardy przedstawiające Limehouse Reach oraz „Dickens w The Grapes” nowozelandzkiego artysty Nicka Cuthella.
Limehouse, czyli niezłe "El Dorado"
Także samo Limehouse sprzyjało wielu twórcom – Conan Doyle wysłał tam Holmesa na poszukiwanie opium dostarczanego przez miejscowych chińskich imigrantów, Oscar Wilde wspominał o tej części Londynu w „Dorianie Grayu”, a Peter Ackroyd – w „Danie Leno i golemie z Limehouse”.
Nic w tym dziwnego, bo Limehouse mogło uchodzić za „niezłe El Dorado”, zwłaszcza, że zostało pierwotnie zasiedlone jako jeden z niewielu „zdrowych” obszarów suchego lądu, wśród nadrzecznych bagien i od czasów królowej Elżbiety I stanowiło centrum światowego handlu. W 1661 roku słynny kronikarz ówczesnego Londynu Samuel Pepys odnotowuje w swym dzienniku wizytę w tutejszych wapiennikach przy molo niedaleko The Grapes.
Nazwa Limehouse pochodzi właśnie od tych pieców wapiennych („lime kilns” → „lime houses”). Powstawały tu, bo okolica była idealna: nadbrzeżne położenie ułatwiało transport kamienia wapiennego i węgla drogą wodną, czyli Tamizą. Przez stulecia wapno było materiałem kluczowym do budowy murów, fundamentów i bielenia ścian w wielkim mieście, więc produkowano je w ogromnych ilościach – Londyn dynamicznie się rozwijał, powstawały nowe budynki, magazyny i doki.
Marynarskie tango
Wróćmy jednak do samego pubu – dawny The Bunch of Grapes był od XVII wieku typowym sailors’ tavern, czyli karczmą portową, miejscem, gdzie gromadzili się marynarze, rybacy, dokerzy, kapitanowie statków, kupcy i wszyscy związani z żeglugą na Tamizie. Tego typu tawerny znajdowały się nad samą wodą – podobnie jak nasz The Grapes, którego tylne drzwi prowadzą prosto nad rzekę. Dzięki temu marynarze mogli zejść z pokładu i od razu znaleźć się w gospodzie.
Głównymi bywalcami takich miejsc byli żeglarze i robotnicy portowi, którzy po rejsach szukali piwa, wina, jedzenia i towarzystwa. Dlatego bywały tam też kobiety lekkich obyczajów, kupcy i handlarze – cały barwny tłum portowej społeczności.
W głośnych, zadymionych izbach serwowano piwo, a także wino podawane z beczek oraz tanie jedzenie – np. soloną rybę, wołowinę, ostrygi. Królowały bójki, hazard, śpiewy i tańce. Tawerny portowe były centrami życia towarzysko-biznesowego, miejscami, gdzie zawierano transakcje, szukano pracy na statku albo podpisywano kontrakty, a w czasach wojen – werbowano żołnierzy i marynarzy.
Nazwa The Bunch of Grapes (kiść winogron) była bardzo popularna w XVII w., bo oznaczała miejsce, gdzie pije się wino – a w londyńskich dokach było ono sprowadzane masowo z Francji, Hiszpanii i Portugalii.
Klimatyczny pub dla…
Pub The Grapes przetrwał nie tylko wszystkie te zadymy i hulanki, ale także bombardowania podczas II wojny światowej, zachowując po dziś dzień przyjazną atmosferę „lokalnego pubu” dla mieszkańców Limehouse, gdzie goście są zawsze mile widziani w barach i w sali na piętrze. Ten klasyczny, wiktoriański bar z boazerią i ścianami w kolorze burgundu to dla mnie takie „pulsujące serce” Londynu (bardziej przaśnego i prawdziwego).
The Grapes jest najbardziej zbliżony charakterem do innego pubu w dokach św. Katarzyny – Prospect of Whitby (o którym także kiedyś Wam opowiem), ma jednak tę zaletę, że znajduje się dalej od stacji Wapping Overground, a zatem jest mniej zatłoczony przez turystów. Długa, wąska sala główna wciąż bywa ciasna, jednak warto zwrócić uwagę na zaciszny kącik nazywany Dickens Snug, gdzie podobno samemu Charlesowi zdarzało się tańczyć na stołach (to pogłębiony fragment baru — oddzielony od przestrzeni głównej, z dostępem do nastrojowego, niewielkiego tarasu z widokiem na rzekę).
Mniej wtajemniczonym w pubowe klimaty wyjaśnię, że snug to w pubowej tradycji, prywatny zakątek — zazwyczaj wydzielony, bardziej kameralny, często z przesłonami lub ściankami, idealny dla gości preferujących ciszę i intymność.
I jeśli czegoś takiego szuka się w winogronowym pubie to warto wejść na piętro, gdzie czeka na gości bardziej elegancka i przytulna przestrzeń. Kiedy byłam tam po raz pierwszy, w letni deszczowy wieczór, w kameralnym czteroosobowym gronie, to za sprawą wysmakowanej scenerii czułam się jak fragment kompozycji w martwej naturze holenderskiej…
…choć martwa oczywiście nie byłam pomimo zacnych ilości wypitych wówczas trunków.
I choć sam pub oferuje nieco mniej widoków na rzekę niż jego pobliscy konkurenci, to pragnienie oglądania Tamizy można zaspokoić właśnie z górnego tylnego pokoju i małego tarasu wiszącego nad rzeką. Widać stąd panoramę City i Canary Wharf, a na jej tle słynny posąg Sir Anthony Gormleya, „Another Time”, który zakupił nie mniej słynny aktor wcielający się m.in w postać Gandalfa – Ian McKellen i postawił w Tamizie w 2013 roku.
…wielbicieli sław
I tu dochodzimy do jednego z największych atutów The Grapes – otóż pub jest współwłasnością aktora Sir Iana McKellena, reżysera Seana Mathiasa i wydawcy Evgeny’ego Lebedewa, które to trio jest niezłym wabikiem, szczególnie dla amatorów kina, zaglądających tu w nadziei, że zobaczą za barem samego Gandalfa serwującego piwo. Bywało zresztą, że Sir Ian nie tylko nalewał tu trunki, ale prowadził poniedziałkowe quizy i przygotowywał zestaw 40 pytań, co podobno zajmowało mu cały dzień.
Warto przy tej okazji zaznaczyć, że The Grapes było miejscem spotkań ważnych osobistości, np. w 2013 roku odbyło się tu spotkanie pomiędzy Davidem Cameronem i Stephenem Fryem, dotyczące protestu przeciwko rosyjskim ustawom antygejowskim.
Jeśli tu kiedyś traficie, to nie przegapcie miniaturowej statuetki Gandalfa, przyczajonej na półce za barem i nawiązującej oczywiście do roli McKellena. Wśród serwowanych dań, typowo pubowych, znajdziecie w Winogronach m.in. pozycje w stylu „Sir Ian” Shepherd’s Pie, paella, żeberka, ryby i frytki – wszystko w prawie rozsądnych, choć typowo londyńskich cenach, a także równie rozsądny wybór popularnych piw, w tym: Doom Bar, Adnams i Timmy Taylor Landlord.
Wiecie co czuję, gdy piszę Wam o tym miejscu i dlaczego tak je lubię? Każda wizyta w the Grapes jest jak zaglądanie do wnętrza zaklętego w czasie, w którym ktoś kiedyś przechadzał się po beczkach piwa, albo je żłopał, a teraz ja mogę tam wejść, dotknąć starego baru, wdychać zapach portowego drewna i zaczerpnąć nieco z ducha minionych epok.
A Wy – macie w Londynie jakiś ulubiony pub z historią lub literackim tłem? Dajcie znać, chętnie tam wpadnę na (wirtualne) piffko! Możecie także „zajrzeć” do innego nadrzecznego pubu nad Tamizą, o którym pisałam Wam tutaj.

