Dopóki piłka w grze, zwłaszcza piłka naszej Igusi, warto pochylić się nad fenomenem tego ikonicznego turnieju tenisowego. A że o tenisie ziemnym wiem tyle co i o stołowym (czyli zupełnie nic) pozostaje mi zasiąść do wimbledonowego stołu, by opisać Wam pewien kultowy deser, który towarzyszy londyńskim rozgrywkom Wielkiego Szlema od początku istnienia turnieju, czyli od 1877 roku. Chodzi o strawberries and cream, choć dla fanów mocniejszych wraźeń tym najbardziej wimbledonowym specjałem będzie zapewne orzeźwiający kieliszek Pimms.
Wracając jednak do truskawek z bitą śmietaną, które od prawie 150 lat rozpalają wyobraźnię i apetyty fanów lipcowego Wimbledonu to warto się zastanowić, dlaczego właśnie ten biało-czerwony duet stał się nieodzownym towarzyszem londyńskiego turnieju tenisa.
W odpowiedzi na to pytanie niektórzy historycy sięgają aż do epoki Tudorów sugerując, że to Thomas Wolsey, Lord Kanclerz za panowania króla Henryka VIII, jako pierwszy w 1509 roku przyniósł na stół bankietowy truskawki ze śmietaną. Legenda głosi, że król i dwór zjechali do domu Wolseya w Hampton Court (o którym pisałam tutaj), a znękany kucharz, w przypływie inwencji, postanowił podać truskawki ze śmietaną jako jeden z deserów na tym na szybko zaaranżowanym bankiecie.
Czy tak było w istocie, czy też popularność tego deseru to raczej sprawa letniej pory i sezonu na truskawki – trudno orzec z całą pewnością, jednak jeszcze do niedawna można było mieć pewność co do jednego , czyli ceny tego truskawkowego specjału oferowanego na kortach Wimbledonu. Otóż od 15 lat była ona niezmienna i wynosiła 2.5 funta. Tymczasem ku zgrozie angielskich fanów tenisa i samego turnieju, którzy cenią sobie tradycję i niezmienność, w tym roku nastąpiła nieoczekiwana podwyżka. W sezonie 2025 za wimbledońskie strawberries and cream trzeba zapłacić o 20 pensów więcej!
Jednak pomimo tego trzesienia ziemi (czy też raczej śmietany) kolejki fanów tenisa ustawiające się codziennie po swój ulubiony deser nie maleją. Według dostępnych statystyk, co roku, widzowie londyńskiego turnieju spożywają około 30 ton truskawek oraz 10 tys. litrów śmietany (ponad 2600 galonów) w ciągu dwóch tygodni, w których rozgrywany jest Wimbledon. Podobno w ubiegłym sezonie zjedzono aż 142 tys. takich słodkich porcji, z których każda zawiera 10 sztuk owoców!
Być może za niesłabnącą popularnością tego przysmaku stoi jego niezmienna jakość. I tak wimbledońskie truskawki to odmiana Elsanta, uprawiana wyłącznie w hrabstwie Kent na farmie Hugh Lowe Farms, która od 25 lat zaopatruje Wimbledon. Sadzonki owoców są śledzone przez zaawansowane technologicznie czujniki. Specjalistyczne urządzenia rejestrują składniki odżywcze w glebie, częstotliwość podlewania i dostarczania nawozu. Producent monitoruje nawet temperaturę i wibracje w opakowaniu truskawek, gdy są one w drodze do klubu tenisowego. Owoce, zbierane dzień wcześniej, docierają do All England Club codziennie już o godzinie 5:30 rano, następnie są sprawdzane i odszypułkowywane na miejscu.
Przywiązanie do tradycji to rzecz cenna, ale trzeba przyznać, że także z marketingowego punktu widzenia był to strzał w dziesiątkę. Truskawki stały się symbolem turnieju. Pojawiają się na pamiątkach z Wimbledonu – a i sami goście imprezy dbają o to, by zaznaczyć strojem swoje przywiązanie do tej słodkiej tenisowej symboliki.
I pewnie nie było by co bić piany czy też raczej śmietany z powodu tego fenomenu akurat w tym roku, gdyby nie nagły wzrost jego ceny (co jest jaskrawym przykładem wszechobecnego na Wyspach kryzysu), a także gdyby nie kulinarna nowinka jaką własnie teraz wypuścił Marks & Spencer. Oto bowiem od tego lata można na sklepowych półkach tego brytyjskiego giganta nabyć kanapki z truskawkami i bitą śmietaną. Od razu zaznaczę, że mają na to szansę tylko prawdziwi zapaleńcy, którzy są w stanie zapolować na ten produkt zaraz po otwarciu sklepu, czyli o godzinie 8:00, bo już 10 minut później znika on z oferty jak sen jaki złoty.
Warto się jednak w tym miejscu zatrzymać nad samym fenomenem jakim jest sandwich z owocami. O ile o tym kto i w jakich okolicznościach wymyślił kanapkę, (która jest skarbem narodowym nie tylko Anglików, ale nawet londyńczyków) pisałam tutaj, to już idea tostów z owocami pochodzi od… Japończyków.
To właśnie oni kreatywnie odmienili typowo brytyjską tradycję, bowiem Japonia od dawna lubuje się w furutsu sando (kanapce z owocami), delikatnie wypełnionej śmietaną przekąsce, która zamienia miękki biały chleb i świeże owoce w małe dzieło sztuki.
I tak oto prosta kanapka na słodko stała się symbolem wymiany kulturowej, przechodząc od brytyjskich korzeni do japońskiej wyrafinowanej formy, a teraz znajdując drogę powrotną w wersji przygotowanej przez Brytyjczyków specjalnie na Wimbledon!



