Nie lubię Ealingu i już! Choć to właśnie na nim mieszkam od 11 lat i choć to tu, w kolejnej części przygód Bridget Jones, zamieszkiwał słynny Mr. Darcy. I nie ma znaczenia, że to na Ealingu spotkali się po raz pierwszy legendarni Stonesi, i tu także dorastał Freddie Mercury. Wszystko to nie zmienia mojego złego nastawienia do Ealingu ani odrobinę.
Jest dla mnie coś nie tak z tutejszym układem przestrzennym (nie mówiąc o coraz bardziej nieatrakcyjnym układzie kulturowym), co mocno wpływa na urodę Ealingu i moje estetyczne doznania względem tego borough. Dodam, że nie wszyscy są tego samego zdania, ale ja owszem!
Jednak muszę przyznać, ze istnieje mała enklawa, pewien zatrzymanych czasie fragment, który mocno odbiega od średnio urokliwej reszty tej dzielanki. Mam na myśli okolice Ealing Studios. To takie miejsce, gdzie brytyjskie kino dojrzewało jak cheddar — powoli i z klasą.
Lepiej jednak z góry wyzbyć się wyobrażeń, że spotkacie tu ducha Hugh Granta, ktoś będzie kręcił nowego Sherlocka, a przypadkowy pan w szaliku okaże się emerytowanym aktorem Royal Shakespeare Company. Wszystko na co możecie tu liczyć to widok Anglika pałaszującego croissanta o 10 rano, z miną producenta BBC, bo Londyn nigdy nie zawodzi.
Filmowe klimaty prosto z Ealingu
Frontowy niewielki budynek Ealing Studios wygląda trochę jak brytyjska ciocia: niepozornie z zewnątrz, ale w środku kryje się historia pełna dramatów podlewanych morzem angielskiej herbaty. To właśnie tutaj kręcono filmowe klasyki, na długo zanim Hollywood odkryło, że można robić rebooty wszystkiego, łącznie z Kubusiem Puchatkiem.
Spacerując po okolicy pełnej urokliwych rezydencji, przytulonych do stylowego budynku wytwórni filmowej Ealing Studios, mam szansę poczuć się jak bohaterka starej komedii, wystarczy trochę mgły, czerwony double decker i gentlemen w tweedowej marynarce, który z tym swoim — “terribly sorry” wjeżdża we mnie rowerem.
Jednak Ealing Studios to nie są zwykłe studia filmowe. To brytyjska odpowiedź na Hollywood — ale mniej krzykliwa, bardziej ironiczna i z większą liczbą filmowców mówiących „quite good”, gdy naprawdę są zachwyceni.
Ach co to był za film!
Założone w 1902 roku Ealing Studios są najstarszym działającym studiem filmowym na świecie. Znaczy to, że kiedy Hollywood jeszcze raczkowało, Brytyjczycy już kręcili dramatyczne spojrzenia znad filiżanki herbaty.
Największą sławę temu miejscu przyniosły tzw. „Ealing Comedies” — kultowe komedie z lat 40. i 50., które pokazały światu, że Anglicy potrafią być zabawni, tylko robią to zdecydowanie dyskretniej niż Amerykanie.
To właśnie tutaj powstał „Kind Hearts and Coronets” — film, w którym Alec Guinness (tak późniejszy Obi-Wan-Kenobi, mistrz Jedi z Wojen Gwiezdnych) gra… osiem różnych postaci. Osiem! Dziś Netflix zrobiłby z tego miniserial, podcast i kolekcję firmowych kubków.
W Ealing Studios kręcono także „The Ladykillers” z 1955 roku — czarną komedię o bandytach ukrywających się u starszej pani. A pamiętajmy, że Brytyjczycy kochają dwa motywy: pierwszy z nich to przestępcy, a drugi – starsze panie, które są od nich sprytniejsze.
Powstał tu również zabawny „Passport to Pimlico”, film o tym jak ta londyńska dzielnica ogłasza niepodległość od Wielkiej Brytanii. Czyli coś jakby Brexit, tylko śmieszny lepiej napisany i zrealizowany.
A potem przyszły nowe czasy i Ealing Studios dalej robiło historię:
— „Notting Hill”
— „The Importance of Being Earnest”
— „Downton Abbey”
— „St Trinian’s” oraz masę produkcji BBC. I naprawdę do dziś unosi się tu czar starego brytyjskiego kina. Spacerując wokół leciwych pięknych rezydencji nagle można poczuć, że właśnie tutaj rodził się ten cały brytyjski styl – mieszanka absurdu z odrobiną klasy, dużą dawką sarkazmu i obowiązkowo z kimś o imieniu Nigel (i nie mam tu na myśli czarnego charakteru Brexitu).
Filmowo, ale z umiarem i klasą
I nawet jeśli nie złapiecie tego filmowego klimatu, który wciąż otula pobliskie wiekowe wille, to na pewno możecie docenić ich filmowy wygląd podkreślony nie tylko urokiem dawnej architektury, ale także imponującymi frontowymi ogrodami, które pysznią się egzotycznymi gatunkami roślin i kwiatów. Trzeba przyznać, że to małe londyńskie Hollywood naprawdę trzyma fason!
Najbardziej londyńskie jest jednak to, że Ealing Studios nie wygląda jak fabryka legend. Nie ma złotych palm, czerwonych dywanów ani fontann jak w Los Angeles. Jest skromna fasada i atmosfera: „Tak, stworzyliśmy połowę brytyjskiej popkultury. Ale nie będziemy robić zamieszania z tego powodu.”
A ten filmowo-Ealingowo-angielski sznyt polecam kontemplować w kawiarnianym ogródku jednego z okolicznych barów, sącząc chłodne rosé i zagryzając croissantem z nutellą i malinami – najpyszniejszym jakie w życiu jadłam!



