Czy uwierzycie, że social media potrafią wykreować jakiś deser tak, że w ciągu zaledwie miesiąca stanie się on najpopularniejszym wypiekiem w Londynie, po który, z wypiekami na twarzy, stać będą kilometrowe kolejki Instagramowiczek? Nieeee? No to zapnijcie pasy (najlepiej różowe) i jedziemy!
Wydawało mi się, że jestem uważnym obserwatorem londyńskiej rzeczywistości i miałam rację… „wydawało mi się”. Na szczęście w moich podróżach po tym mieście opieram się nie tylko na swoich spostrzeżeniach, ale chętnie korzystam z podpowiedzi dobrze zorientowanych w tym, co jest najbardziej aktualne i godne opisu.
I tak właśnie dowiedziałam się o istnieniu dwóch miejsc, obok których dotychczas przechodziłam, zaledwie omiatając je wzrokiem, kompletnie nieświadoma ich sławy. A to z prostego powodu – otóż ich fama brała się z Instagrama. To tam narodził się trend na odwiedzanie, a nawet obleganie dwóch lokali, o których zaraz Wam opowiem.


Oba te venue łączą w zasadzie dwie rzeczy, po pierwsze: słyną z serwowanych w nich słodkości, które są wyjątkowo fotogeniczne, a po drugie: żyją przede wszystkim w umysłach Instagramerek. Zostały stworzone na ich obraz i podobieństwo.
Pink słodycz z dodatkiem Marshmallow
W przypadku pierwszej cud-miód cukierni, czyli EL&N, przepis na stworzenie miejsca, które zawojuje Instagram i jego użytkowników był prosty, by nie rzec banalny (tutaj). Wystarczyło: dużo różowej farby, trochę modnych neonów z landrynkowym błyskiem i miłującą świat sentencją, a wszystko to, otoczone odpowiednią ilością bitej śmietany i pianek Marshmallow. I to właściwie tyle.







Kiedy pierwszy raz przekroczyłam te słodkie progi, spodziewając się jakiś wyjątkowo efektownych deserów, od których oko zbieleje, a właściwie zróżowieje, to nic takiego się nie stało. Ciasta i torty, we wszystkich możliwych instagramowych kolorach i smakach, wyglądały imponująco, ale nie odbiegały od całej reszty cukierniczych smakołyków jakie podziwiałam od kilku lat w najlepszych kawiarenkach i piekarniach Londynu. Może jedynie słodkie koktajle miały na siebie jakiś nowy pomysł.
Jednak od widoku tęczowych deserów znacznie ciekawszy był dla mnie widok młodocianych klientek EL&N, których oczy i twarze jaśniały niezwykłym blaskiem, a z ust wyfruwały okrzyki zachwytu, rozbijając się o różowe ściany.
O tym, że ten pomysł na biznes trafił na podatny grunt świadczą nie tylko rzesze blogerek i Instagramerek, pielgrzymujących z telefonami do swojej różowo-neonowej świątyni, ale także ilość lokali otwieranych pod tym landrynkowym sztandarem. Jest ich w Londynie już 10, a ja trafiłam do dwóch, które choć w ścisłym centrum, były raczej niewielkie i nie tak efektowne jak np. ta w pobliżu Harrodsa.
Pierwszym punktem mojego badania Internetowego fenomenu sieci EL&N była ich cukiernia na ikonicznym pasażu Carnaby Street. Usytuowana naprzeciw najstarszego domu towarowego Liberty, nie mogła marzyć o lepszej lokalizacji.





Ciągną wiec do niej, jak po sznurku, wszystkie Insta-turystki zaliczając po drodze całe mnóstwo największych atrakcji Londynu. Po pierwszej turze stosownych ochów i achów oraz zdjęć zamawiają, którąś z wersji kaw, z solidną porcją bitej śmietany i pianek Marsmallow, do tego jedno z tortowych ciastek (to, które najbardziej zasłużyło sobie na sesję zdjęciową) i suną z różowymi tackami do nie mniej różowych stolików.






Potem pieczołowicie dokumentują urodę swoich deserów, a przy okazji także swoją (na ich tle) i w końcu mogą zabrać się za to, co kiedyś głównie robiło się w cukierni, czyli za pochłanianie owych słodkości. Jeśli ktoś jednak miałby ochotę przekąsić coś bardziej konkretnego, to inne lokale tej sieci oferują dania lunchowe, a nawet obiadowe (tak jest na przykład w EL&N przy Brompton Road – tutaj).
To z pewnością doskonałe miejsca na celebrowanie wszystkiego tego, czego tylko życzą sobie nastolatki. Dziewczynki ze skłonnością do różowo-neonowych klimatów mogą czuć się tu jak w instagramowym raju. I z nimi na pewno warto tu przyjść, bo docenią każdy pastelowy detal.
Jednak mnie w tym miejscu ani w bliźniaczo do niego podobnym, znajdującym się przy Park Lane, nic nie zaskoczyło Były jak idealne tło do idealnej relacji na Instagram i to właściwie tyle. Jednak prawdziwe zdumienie miało być moim udziałem jeszcze tego samego popołudnia, kiedy poszłam zaliczyć drugi punkt programu pt.: „Instagram a rzeczywistość”.

















Najsłynniejszy słodki kwadrat
Miejsce, do którego zmierzałam celowało, przynajmniej z założenia, w bardziej wyrafinowaną klientelę. Taką, która ceni sobie dobrą kuchnię i jej znanych autorów.
Oto bowiem celem mojej wędrówki były pierwsze w Europie delikatesy o nazwie Le Deli Robuchon (tutaj), położone w samym sercu Mayfair, nieopodal stacji metra Green Park, z której to turyści zwyczajowo rozpoczynają wędrówkę do Buckingham Palace. Nazwisko Robuchon nieobce jest z pewnością wszystkim znawcom kuchni – jego francuski posiadacz Joel Robuchon był jednym z najsłynniejszych restauratorów i kucharzy XX wieku, kolekcjonerem niezliczonej ilości gwiazdek Michelin.
Od kilku lat wszyscy smakosze w Londynie mają możliwość, by delektować się specjałami sygnowanymi nazwiskiem tego słynnego francuskiego szefa kuchni. Mogą przyjść do lokalu przy 82 Piccadilly, zamówić dania na wynos albo zasiąść przy jednym ze stolików i oddać się błogiej konsumpcji. Przyznam, że to rzeczywistość, której doświadczam nieczęsto, ale którą w pełni rozumiem i ogarniam wyobraźnią.
Tym razem jednak zmierzałam do delikatesów pana Robuchon po COŚ, o czym usłyszałam, gdyż Instagramowa sława tego fenomenu rozniosła się błyskawicznie po Londynie, trafiając i do moich uszu. Musiałam zobaczyć na własne oczy zjawisko, które wymykało się moim procesom myślowym.


Cóż to takiego zapytacie? Croissant do kwadratu – od razu Wam odpowiem. Taaak, instagramowy Londyn od kilku tygodni oszalał na punkcie francuskich, no właśnie, już nie rogalików, tylko kubików. Po co ulepszać klasyka i zmieniać jego półokrągły kształt? Nie mam pojęcia, dlatego postanowiłam udać się na miejsce i dogłębnie zbadać sprawę.
Trzeba przyznać, że delikatesy Robuchon robią wrażenie. Przestronne klasycznie urządzone wnętrze jest połączeniem francuskiej piekarni, delikatesów, bistro i winiarni, gdzie klienci będący miksem turystów z dodatkiem wytwornych mieszkańców dzielnicy Mayfair, mogą zrobić szybkie i szykowne zakupy albo zasiąść nad jednym z francuskich smakołyków, wykonanych według autorskiej receptury słynnego kucharza. Koncept klarowny i przekonywujący, nes pa?












Rzecz w tym, że ktoś postanowił ulepszyć tę ideę, ulepszając samego croissanta. Zaczęło się jakiś miesiąc temu i dość niewinnie. Oto dodano do tutejszego menu nową osobliwą pozycję: pieczywo z ciasta francuskiego, ale nie w formie tradycyjnego rogalika a nowatorskiego kubika. Powstały pokaźnych rozmiarów kostki z nadzieniem w trzech różnych smakach: waniliowym, czekoladowym oraz matchy z maliną. Na początku wypiekano kilkanaście sztuk dziennie, ale wkrótce, jak za dotknięciem instagramowej różdżki, do delikatesów pana Robuchon zaczęły walić dzikie tłumy szalonych i gotowych na wszystko entuzjastów nowych kwadratowych croissantów. Niestrudzeni smakosze ustawiali się w kilometrowej kolejce, by odstać swoje i po godzinie dotknąć upragnionego słodkiego kwadratowego… croissanta? Od tego czasu miejscowa piekarnia produkuje ich ok. 300 dziennie.
Nie do końca wiem jakim cudem udało mi się przybyć do deli-lokalu w chwili, kiedy kolejki wyjątkowo nie było i mogłam, prosto z marszu, podejść do tego niezwykłego kwadratowego wypieku wystawionego w szklanej gablocie.



Wpatrywałam się dłuższą chwilę w nową wersję francuskiego rogalika, napompowanego sławą Instagrama, próbując zrozumieć jego fenomen. Jednocześnie obserwowałam z rozbawieniem jak kolejne zahipnotyzowane fanki zamawiają swoje pudełeczko z wyjątkowym croissantem, niosąc go następnie do stolika jak szczególne trofeum. I znów sesja zdjęciowa, w pudełku, bez pudełka, obowiązkowa wersja z selfie, później kadr z rozrywaniem kwadratu i ukazywaniem jego kremowej zawartości, itd.



Kiedy tak stałam zahipnotyzowana nie tyle urodą kwadratowego croissanta, co jego magnetycznym oddziaływaniem na rzesze Instagramowiczek, zdałam sobie sprawę, że nie do końca mam ochotę na jego organoleptyczne poznanie. Jednak czego się nie robi dla moich ciekawych Londynu czytelników. Nie tylko zakupiłam rzeczone cudo, ale udało mi się nawet upolować stolik, przy którym mogłam z uwagą odkrywać wnętrze tego słynnego wypieku. Robiłam to niechętnie, bo o ile lata wprawy nauczyły mnie pochłaniać francuski rogalik sprawnie i bez rozsiewania fontanny okruchów, to zjedzenie wielkiej cegły (jak dla mnie, za wysokiej i za szerokiej), okazało się nie lada wyzwaniem. Pomimo moich wysiłków, by wyjść z tego z twarzą, zwłaszcza nieubabraną kremem, już po chwili moje umorusane malinową matchą ręce wyglądały tak, jakbym próbowała znaleźć inną rzeźbiarską formę dla croissanta-kwadratu. Nadzienia było tak dużo, że pod koniec nawet ja, znana wielbicielka słodyczy, miałam mdłości. Jedno jest pewne, nie pochłonęło mnie to instagramowe szaleństwo, zwłaszcza, że ledwo pochłonęłam kwadratowy powód tej euforii, czyli najsłynniejszy londyński deser miesiąca.
Są zatem w Londynie rzeczy, o których się filozofom nie śniło. Może to i dobrze, bo gdyby na przykład taki Platon chciał teraz wyśnić w swej Uczcie teorię o połówkach to, zgodnie z obowiązującym trendem, musiałyby one: po pierwsze tworzyć kwadratową całość, a po drugie być przełożone odpowiednio słodkim kremem…, żeby wzbudzić jakiekolwiek zainteresowanie.
Czego nie rozumiecie?

