BlondynkaNadTamiza
Menu
  • HOME
  • O BLOGU
  • SPACERUJE
  • ZWIEDZA
  • POLECA
  • PODRÓŻUJE
  • SMAKUJE
  • OSZCZĘDZA
  • ZAGLĄDA
  • ROZMAWIA
Menu

Oxford kontra Cambridge – coroczna bitwa na Tamizie

Posted on 2023-03-302025-11-19 by Anna Kolczyńska

Niezależnie od tego czy jest się fanem regat, czy też absolutnie się nim nie jest, są takie zawody wioślarskie na Tamizie, których, mieszkając w Londynie, nie powinno się przeoczyć, szczególnie jeśli jest się Blondynką nad Tamizą. Oczywiście, by być z Wami całkiem szczerą, muszę przyznać, że do tej pory ignorowałam te coroczne zmagania Oksfordu i Cambridge, czyli wioślarskich drużyn dwóch najbardziej prestiżowych uniewerków Zjednoczonego Królestwa. Ale to było zanim, na dobre, przykleiłam swoje blond emploi do rzeki Tamizy. I teraz po prostu nie wypadało mi nie iść nad jej brzeg, by obserwować wielką rzeczną bitwę, choćby nawet gówniany deszcz miał z nieba padać. Niestety, akurat padał. I być może, sam z siebie, rzeczonej ani rzecznej kupy nie przypominał, jednak już to, co za jego sprawą zalegało na szutrowej ścieżce wzdłuż Tamizy – jak najbardziej.

Dlatego pierwsza rada dla fanów tego typu rozgrywek – jeśli pogoda zapowiada się klasycznie londyńska – załóżcie koniecznie kalosze, a nie tak jak ja, blondynka – trampki (i oczywiście musiałam mieć białe). Bowiem do przejścia jest spory spacerowy odcinek, zakładając, że chcecie rozpocząć towarzyszenie wioślarskim drużynom od startu do mety. I tu od razu kolejna uwaga, a nawet dwie. Po pierwsze: dobrze na wstępie mieć świadomość tego, że nie jest się w stanie obserwować wyścigu swojej ulubionej ósemki ze „szlakowym”, na całej jego trasie. Dla rączych jak rumaki zawodników trwa on niespełna dwadzieścia minut, gdy tymczasem spacerowicz, choćby nie wiem jak rączy albo nożny, nie jest w stanie pokonać tego dystansu w czasie krótszym niż dwie godziny. A zatem trzeba rzecz i rzekę potraktować strategicznie i wybrać sobie ten punkt widokowy, który uzna się za najbardziej atrakcyjny, biorąc pod uwagę dynamikę wioślarskich zmagań.

IMG_7010
IMG_6952
IMG_6964
image00038
IMG_7062
image00027
image00028
image00039

Po drugie: choć sława tych elitarnych zawodów o niemal 200-tu letniej tradycji dotarła wszędzie, także nad Wisłę, to nie liczcie, na emocje i wiwatujące tłumy rodem z Ascot, bo zwłaszcza w dżdżysty, wietrzny i zimny dzień możecie się przeliczyć, a przy okazji nieźle przeziębić. Chyba mieli tego świadomość sami organizatorzy konkursu, którzy zapoczątkowali tę tradycję, ustalając, że wyścigi wioślarskie Oksford-Cambridge będą się odbywały co roku, zazwyczaj w ostatnią sobotę marca lub pierwszy piątek kwietnia, czyli w porze jak na Londyn dość kapryśnej. Ale czy ja was przypadkiem nie próbuję zrazić do kibicowania? Nie taka była moja intencja, w każdym razie…

By podjąć właściwą decyzję, iść czy nie iść, stać w tym miejscu czy może całkiem gdzie indziej, trzeba wcześniej przyswoić sobie garść informacji dotyczących trasy rozgrywek i ich przebiegu. Oto one.

Piękna trasa, byle nie na obcasach

Wyścigi rozpoczynają się od mostu Putney, skąd dwie uniwersyteckie osady zmierzają na zachód do mostu Chiswick w Mortlake. Tor wioślarskich zmagań mierzy 4 mile i 374 jardy, czyli około 7 km długości. Zawodnicy wiosłują wzdłuż Putney Lower Common, pod mostem Hammersmith, obok Furnivall Gardens, wokół Meander przy Chiswick Steps, pod mostem Barnes, a następnie wokół terenów Chiswick Rugby Football Club i dalej do mety przy Chiswick Bridge. Jeśli chce się zakosztować nieco z tej atmosfery, a przy okazji uciąć sobie miły i całkiem ambitny spacerek, to warto stawić się na początku trasy i ruszyć południowym/prawym brzegiem Tamizy. 

image00006
image00012
image00023
image00026
image00007
image00009
image00017
image00010
image00025

Czekają tu, na wiernych fanów obu drużyn i wioślarstwa, food trucki z rozmaitą ofertą kulinarną, ale także stoiska z mniej i bardziej wykwintnym alkoholem. Kibice zaopatrzeni w pinta zacnego browaru albo kieliszek Sauvignon oraz chorągiewkę ulubionej drużyny (otrzymaną z rąk usłużnych wolontariuszy) mogą kontynuować swą nadrzeczną przechadzkę. Przed każdym z klubów wioślarskich, które sąsiadują tu jeden obok drugiego, czekają ich członkowie, a także obsady zapasowych drużyn, znajomi znajomych, rodziny zawodników, którym udziela się podniosły sportowy nastrój i duch rywalizacji.

image00015
image00014
image00013
image00024
image00022
image00033
image00034
image00035

Skauci oraz rozmaite szkolne i charytatywne organizacje wykorzystują okazję, do zbiórek w szczytnym celu, ustawiając wzdłuż trasy stoiska z domowymi wypiekami. Dla wszystkich, którzy znają te okolice, ze spacerów po północnym brzegu Tamizy, ale rzadko zapuszczają się na drugą jej stronę, to świetna okazja, żeby zobaczyć trochę inny Londyn. Różnice widać już ze ścieżki nad rzeką, ale kiedy zboczy się z niej, zagłębiając w sąsiednie uliczki Barnes, można rozkoszować się ich kameralną, południową i pastelową zabudową. Miejscami ma się wrażenie, że jest się nie na południu Londynu, ale Europy.

338563202_921683495817277_5900775785442975473_n
image00032
image00029
image00036
image00045 — kopia

A i sama trasa wzdłuż rzeki, nieco dzika i malownicza, jest świetną i odprężającą opcją weekendowego spaceru. Po drodze mija się stary, imponujących rozmiarów budynek Harrods Furniture Depository, który obserwowany z odległego brzegu Hammersmith wydawał mi się opuszczonym reliktem XIX-wiecznej świetności firmy. A tymczasem przechodząc obok niego odkryłam, że zabytkowy magazyn zbudowany w 1894 roku (na miejscu starej fabryki mydła), został zaadaptowany do nowej funkcji i jest teraz ekskluzywnym apartamentowcem, ulokowanym na zielonych terenach tuż nad rzeką. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do przechadzki nową trasą wzdłuż Tamizy? Wróćmy więc na sam jej środek, by skoncentrować się na przebiegu tego wioślarskiego święta.  

image00037
image00042
image00040 — kopia
IMG_7064
image00044

Jak w Londynie traktuje się suwerena

Wszystkie wydarzenia w ramach The Boat Race rozpoczynają się w samo południe. Wtedy to kibice przybywają i zajmują dogodne miejscówki w Bishop’s Park, na Fulham, Furnivall Gardens, czy w Hammersmith. Wzdłuż całej tej trasy czekają na nich bary, stoiska z jedzeniem, a także duży ekran, na którym można oglądać transmisję BBC z wyścigu na żywo.

Kolejnym punktem programu jest rzucanie suwerenem, ale wbrew pozorom suweren w Polsce i suweren w Londynie, to niezupełnie to samo i dlatego inaczej się tu z nim obchodzą. W tym wypadku chodzi o złotego suwerena z 1829 roku, czyli najsłynniejszą brytyjską monetę inwestycyjną wybijaną przez Mennicę The Royal Mint. Drużyny rzucają nią między 13:55 a 14:40, by rozstrzygnąć prawo do wyboru, po której stronie rzeki będą wiosłować. Ale od losowania do wiosłowania upływa jeszcze sporo czasu, w sam raz tyle, by pokonać pieszo dystans od startu do mety i tam czekać na finiszujące drużyny.

A choć rozgrywki odbywają się pomiędzy dwoma uniwersytetami, to biorą w nich udział cztery osady: dwie żeńskie i dwie męskie. I owszem, panie są puszczane przodem, to znaczy startują przed panami, godzinę wcześniej, jednak niech nic nie zmyli czujności feministek. Otóż wioślarskie parytety na tych dwóch szacownych uczelniach zostały zdobyte z trudem i po drodze musiało upłynąć duuużo wody. Bo choć pierwsze zawody pomiędzy Cambridge a Oksfordem odbyły się w 1829 roku, to były to wyścigi wyłącznie męskich drużyn, a na regaty kobiet trzeba było czekać prawie 100 lat, czyli do roku 1927. Jednak nie stały się one corocznym wydarzeniem aż do lat 60. XX wieku, a i po tym czasie wioślarki spotykały przykrości ze strony kolegów. Feministkom, które w reakcji na te przejawy angielskiego szowinizmu płoną z oburzenia (razem ze swoimi biustonoszami) podrzucę jeszcze jeden argument „za”. Otóż dopiero w 2015 roku oba wydarzenia zaczęły odbywać się tego samego dnia.

Teraz, zarówno wyścigi kobiet, jak i mężczyzn, rozgrywają się na tej samej trasie (wcześniej regaty kobiet odbywały się w Henley). Męska drużyna Cambridge ustanowiła rekord w 1998 roku, osiągając metę w 16 minut i 19 sekund.

1841_Oxford-Cambridge_Boat_Race

Wracając jednak do programu zawodów – dopiero o 16:00 rozbrzmiewa wystrzał startowy oznaczający początek wyścigu łodzi kobiet. Męskie regaty odbywają się godzinę później o 17:00. Ale to nie koniec atrakcji, bo prezentacja trofeów ma miejsce między 17:35 a 18:00, po czym sternik zwycięskiej załogi jest tradycyjnie zanurzany, a nawet wrzucany do Tamizy.

Kto wygrał rzeczną walkę

Zeszłorocznymi mistrzami The Boat Race była drużyna Oksfordu w wyścigu mężczyzn i Cambridge w regatach kobiet. Jednak zarówno męskie, jak i żeńskie osady z Cambridge są rekordzistami pod względem większości ogólnych zwycięstw.

Jak było w tym roku? Otóż na nic zdało się moje machanie chorągiewką Oksfordu ani doping pary uroczych staruszków, których wnusia wiosłowała dla tego uniwersytetu.

Choć dziewczyny z Oksfordu rozpoczęły agresywny start, ze względu na trudne warunki pogodowe, to osada z Cambridge wkrótce przejęła kontrolę nad wyścigiem i utrzymała stałe tempo, aż do zwycięstwa. Kobieca załoga z Cambridge wyprzedziła Oksford o cztery i jedną czwartą długości, i było to szóste z rzędu zwycięstwo żeńskiej drużyny z tego uniwersytetu.

Także męska załoga z Cambridge powtórzyła wygraną koleżanek, powstrzymując późną szarżę Oksfordu na wzburzonych wodach Tamizy, aby wygrać z nimi o nieco ponad jedną długość. I było to ich czwarte zwycięstwo w tych barwach, w ostatnich pięciu wyścigach. A skoro już o kolorach mowa, to tak naprawdę obie drużyny ubierają się na niebiesko i członkowie obu załóg są tradycyjnie nazywani „bluesami”, a każda łódź jest „Niebieską łodzią” (od nagrody przyznanej im przez ich uniwersytety za udział w regatach). Ale, aby trochę ułatwić rozróżnianie – osady z Cambridge noszą się na jasnoniebiesko, a ci z Oksfordu występują w ciemnoniebieskich barwach.

Dla porządku dodam, że Cambridge prowadzi rywalizację 47-30 w przypadku kobiet, podczas gdy mężczyźni z Cambridge wygrali 86 razy, a Oxford – 81.

Jak zapewne zdążyliście zauważyć nie jest to relacja ze sportowego wydarzenia, a raczej jak zwykle u mnie próba przybliżenia i zrecenzowania pewnego zjawiska, w którym znajduje swoje indywidualne wątki i tropy. W tym wypadku skupiłam się na walorach „pięknych i niepowtarzalnych okoliczności przyrody”, a ponieważ te mocno zawiodły, to ubłocona po uszy, i po uszy zziębnięta, szybko wybrałam „drogę na skróty” w kibicowaniu, którą w taką pogodę i Wam polecam. Otóż, kiedy dotarliśmy z moim kompanem do mety, w ramach dwugodzinnego spaceru z Putney do Chiswick Bridge, oczom naszym ukazała się stosunkowo niewielka grupa równie jak my zmarzniętych kibiców. Razem z kilkoma kamerami telewizyjnymi, ubranymi w przeciwdeszczowe pelerynki, stali czekając na finisz żeńskich osad wioślarskich. 

Ale miejsce, które wybrali nie było przypadkowe, gromadzili się bowiem przed dobrze mi znanym pubem The Ship, uzbrojeni w alkoholowy prowiant. Jednak część z nich przezornie zaokrętowała się w samym lokalu-Statku, skąd mogli obserwować przebieg wyścigu na kilku dużych monitorach. Z miejsca uznałam ten pomysł za idealną opcję, by w ten sposób kontynuować kibicowanie. Można to także robić siedząc przy stolikach ustawionych przy oknach z widokiem na Tamizę.    

image00050
image00043
image00047
image00046

Choć zdaniem organizatorów i mediów relacjonujących to wydarzenie, spodziewana frekwencja zwyczajowo wynosi ok 300 tysięcy gapiów, to tym razem było ich zdecydowanie mniej, na tyle, że nawet ja byłam nieco zdziwiona, biorąc pod uwagę, że typowo londyńska pogoda nie powinna wystraszyć londyńczyków, zwłaszcza tych rozmiłowanych w wioślarskiej tradycji tego miasta.  

IMG_7120
image00055
image00049
image00053

Historia wiosłem na wodzie pisana

I skoro już napomknęłam o tradycji, to pozwólcie, że na koniec trochę o niej, w kontekście tych zawodów. Być może zastanawiacie się, jak to wszystko się zaczęło? Cóż, rywalizacja studentów sięga 200 lat wstecz. Wyścig powstał po tym, jak dwóch byłych kumpli z Harrow School, Charles Wordsworth (z Oksfordu) i Charles Merivale (z Cambridge), pojechało wiosłować po rzece Cam i obaj postanowili stawić czoła wyzwaniu. Te pierwsze spontaniczne zmagania przekształciły się w coroczne zawody między załogami wioślarskimi z uniwersytetów w Oksfordzie i Cambridge. Akademiccy tytani rywalizują w łodziach wiosłowych z ośmioma wiosłami, w każdej „szlakowy” (ang. stroke)  siedzący na rufie (z tyłu) nadaje tempo całej osadzie. Zazwyczaj jest to zawodnik drobny, lekki i znający się na tym „rzemiośle”. Wioślarze mają za zadanie równo i bardzo mocno pracować, a szlakowy sprawdza pozycję łodzi względem przeciwnika i dba o odpowiednie rytm wiosłowania. I jeśli spisze się wyśmienicie, prowadząc swoją drużynę do zwycięstwa, to na koniec ląduje w Tamizie, co biorąc pod uwagę jej temperaturę o tej porze roku, jest dyskusyjną nagrodą. 

image00070
image00065
image00069

A tymczasem my, odrobinę niewierni kibice, postanowiliśmy nagrodzić się tapasami, w pobliskim The Tapestry, skąd przy kieliszku zacnego Sauvignon obserwowaliśmy zmagania męskich drużyn, na odpowiednio dużym ekranie, i w znacznie bardziej przyjaznej temperaturze.

Ale choć to największe wioślarskie święto na Tamizie, to jednak nie jedyne. Rzeka jest terenem zmagań wielu zawodników-wioślarzy, należących do niezliczonej rzeszy klubów sportowych. Codzienność brytyjskich rodzin, których dzieci uprawiają ten rodzaj sportu, wyznaczają treningi, rozpoczynane najczęściej o świcie. W sportowe życie klubów angażują się zresztą nie tylko dzieci, ale także ich rodzice. I tak zdarza się, że jedno z nich pełni honorowo np. funkcję skarbnika klubu, i w ten sposób wspiera jego rozwój, a bywa, że także zaczyna wiosłować – rekreacyjnie. Mieszkając na Wyspach i wychowując tu dzieci na pewno warto rozważyć tę elitarną, i w związku z tym należącą do dobrego tonu, opcję sportowej kariery swoich pociech.     

2 thoughts on “Oxford kontra Cambridge – coroczna bitwa na Tamizie”

  1. J pisze:
    2025-11-19 o 12:20

    Aniu, szukałem słownika Oxfordzkiego, ale wyskoczył mi ten Twój świetny artykół, ktory już dawno temu miałem pochwalić, ale i dodać drobną erratę. Z każdym rokiem jest też coraz gorzej, bo zapominam słownictwa wioślarskiego po angielsku, a w dodatku różni się ono między UK a USA (trenowałem w obu krajach). A zatem: „szlakowy” (ang. stroke) to nie sternik (ang. cox lub coxswain), tylko wioślarz, który siedzi na rufie łodzi i fizycznie nadaje tempo reszcie osady. Jeśli osada jest ze sternikiem to siedzą ze sobą twarzą w twarz (z wyjątkiem dwójki ze sternikiem, zwanej w polskim slangu branżowym „dryndą”). W osadzie bez sternika szlakowy także zazwyczaj steruje łodzią bezpośrednio: linka steru jest przymocowana do jego podnóżka (pamiętajmy, że wioślarze siedzą na wózkach i większość mocy przejścia wiosła w wodzie generowana jest z wypchnięcia nogami, ramiona i tułów dają jedynie „wykończenie”). Jedna z podstaw stóp jest wówczas ruchoma i w ten sposób szlakowy steruje łodzią, czyli jest to pozycja w łodzi o podwójnej odpowiedzialności.

    Mam także nadzieję, że w zdaniu „Rzeka jest terenem zmagań wielu zawodników-kajakarzy, należących do niezliczonej rzeszy klubów sportowych.” nie pomyliłaś kajakarzy z wioślarzami, bo to bardzo różne sporty, począwszy od tego, że jedni płyną do przodu, drudzy do tyłu. Na Tamizie w Londynie nie widziałem wielu kajakarzy, ale to może być kwestia pory dnia i roku…

    Pozdrawiam Cię serdecznie

    Odpowiedz
    1. admin02 pisze:
      2025-11-19 o 12:48

      „Panie Janie kochany”, dziekuje za Pana merytoryczne uwagi, kierowane badz co badz do Blondynki, ktora o wioslarstwie wie mniej wiecej tyle samo co o kajakarstwie. Zaraz naniose wieec stosowne poprawki, zeby wstydu nie bylo, pozdrawiam najserdeczniej znad Tamizy, BlondAnka!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

BLONDYNKA O SOBIE


„Kobieta renesansu”, która żadnej pracy się nie boi (ale niektórych profesji, z zasady, unika). Plastyczka, absolwentka archeologii śródziemnomorskiej (z miłości do egipskich starożytności), reporterka telewizyjna, stylistka wnętrz, rzeczniczka prasowa jednego z warszawskich muzeów, redaktorka merytoryczna (od zawsze i na zawsze), szefowa pewnej ważnej kampanii (ale nie wrześniowej), działaczka polonijna. Obecnie kuratorka i propagatorka sztuki.


Po pracy: projektantka kolczyków i zwariowanych nakryć głowy, dekoratorka tortów, a incydentalnie sopranistka pewnego londyńskiego chóru. Spontaniczna podróżniczka, tropicielka absurdów, dociekliwa zwiedzaczka i niestrudzona spacerowiczka, spostrzegawcza Cyklopka dokumentująca wszystko trzecim okiem (obiektywu).


Blondynka od zawsze, od niedawna blogerka (czyli bLONDYNka nad Tamizą) opisująca uroki Londynu. Mieszkanka stolicy Wielkiej Brytanii (od prawie dekady) zakochana w tym mieście po uszy i oczy, czyli


Ania Kolczyńska

  • O BLOGU
  • OSZCZĘDZA
  • PODRÓŻUJE
  • POLECA
  • ROZMAWIA
  • SMAKUJE
  • SPACERUJE
  • ZAGLĄDA
  • ZWIEDZA

WSPARCIE BLOGA

Jeśli ten post albo mój blog spodobał Ci się na tyle, żeby postawić mi symboliczną angielską herbatkę albo kieliszek prosecco, (które piję jak herbatkę), to wystarczy, że klikniesz przycisk poniżej.

Dziękuję i obiecuję, że wzniosę toast za Twoje zdrowie (także herbatką, jak będzie trzeba)!

FOLLOW ME

©2022 | Anna Kolczyńska