Oxford Street nigdy nie śpi. Migocze światłami witryn, kusi zapachem perfum z drogich butików i domów towarowych, a od niedawna także mocnym aromatem pysznej herbaty. Tak, herbaty, bo jeśli dobrze nadstawicie nosa (a najlepiej skręcicie w odpowiednią cześć ulicy), traficie na małą, elegancką „wojnę” herbacianych gigantów.
Zabieram Was na uliczną herbacianą licytację po angielsku – rozgrywająca się między dwoma brandami: TWG Tea a Whittard of Chelsea.
Nawet nie zauważyłam kiedy Oxford Street stało to modowym polem bitwy – także tej herbacianej.
Z jednej strony staje w szranki TWG Tea. Luksus. Złoto. Elegancja. Słoje z herbatą ustawione jak drogocenne klejnoty. Wchodząc tam, czuję się trochę jak w perfumerii dla smakoszy – każda mieszanka ma swoją historię, nazwę, nuty smakowe jak w katalogu haute couture.
To nie jest zwykła herbata. To doświadczenie. To napar, który mówi: „Jestem tu, bo mogę.”
Z drugiej strony o palmę (czy też raczej herbaciany liść) pierwszeństwa ubiega się – klasyczna brytyjska tradycja, czyli Whittard of Chelsea. Marka z historią sięgającą 1886 roku.
Wnętrze tego sklepu jest mniej onieśmielające, bardziej zapraszające na pogawędkę z małym łykiem cup of tea. I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa przyjemność!
Deszczowy Londyn i darmowa herbata
To miasto bez deszczu? Nie oszukujmy się – to rzadkość. A, gdy Oxford Street tonie w parasolkach, warto zajść do sklepu Whittard, gdzie codziennie odbywają się degustacje.
Można próbować. Porównywać. Dyskutować. I wszystko to – zupełnie za darmo.
To jest ten moment, kiedy brytyjska uprzejmość spotyka się z herbacianą hojnością. Obsługa opowiada o smakach, proponuje kolejne filiżanki, czy raczej mini kubeczki , a Ty możesz przez chwilę poczuć się jak juror w herbacianym konkursie.
Dlaczego uznałam, że warto o tym wspomnieć? Otóż zdradzę Wam pewien wstydliwy sekret… no cóż muszę się przyznać, że ja – blondynka zakochana w Londynie po oczy i uszy – jakoś nie przepadam za herbatą, czyli najbardziej brytyjskim specjałem i rytuałem. Tymczasem to właśnie w Whittardzie odkryłam jak cudownie szlachetny może być to trunek. Tutejsze aromatyczne mieszanki potrafią smakować jak najlepszy deser!
W TWG degustacje są bardziej selektywne, „butikowe”. W Whittard – możecie posilić się gorącym naparem o najbardziej wymyślnym smaku i aromacie w sposób bardziej demokratyczny, czyli „prosto z mostu”. I może właśnie dlatego w deszczowe popołudnia czuję się tam trochę jak w herbacianym klubie dla wtajemniczonych.
Luksus kontra tradycja
Czy to wojna? Raczej elegancki pojedynek na aromaty. TWG kusi egzotyką i prestiżem. Whittard – historią i dostępnością. Jedno pachnie Singapurem i złotem. Drugie – Anglią, domowym ciepłem i klasyką.
I wiecie co? Wcale nie trzeba wybierać zwycięzcy. Oxford Street pomieści oba światy. Bo w Londynie nawet konkurencja odbywa się z klasą (a przynajmniej tak chciałbym o tym myśleć). A jeśli następnym razem złapie Was typowa londyńska mżawka w centrum miasta, to już wiecie, gdzie zajść po filiżankę darmowego szczęścia. Gorąco polecam.