Choć czasy „motyli w brzuchu” mam już dawno za sobą (niestety), to jednak, kiedy dowiedziałam się od koleżanki (i to z Brukseli a nie z Londynu) o magicznym szlaku motyli w samym centrum stolicy Brytyjskiego Imperium, natychmiast postanowiłam polecieć w to miejsce. Sprawiły to nie tyle same motyle, co historia kultowego Centre Point, czyli budynku, który oprócz The Butterfly Trial (ulotnego, bo czasowego) kryje w sobie kilka innych tajemnic i atrakcji, a wśród nich jedną z najmodniejszych jadłodajni – Arcade Food Hall & Bar. Ale zacznijmy od motyli zanim na dobre odfruną.
Motyli szlak na wyciągnięcie ręki
W jednym z najbardziej zatłoczonych i oblepionych turystami miejsc, czyli przy samym wyjściu ze stacji Tottenham Court Road, już od kilku sezonów, na wszystkich ciekawskich oglądaczy czekają niezwykłe animacje cyfrowe, wyświetlane na wewnętrznych ścianach The Now Building. Ale od 20 września to miejsce oferuje zwiedzającym wyjątkowy pokaz łączący najnowsze efekty wizualne z technologią interaktywną – The Butterfly Trail.
Szlak Motyli, rozpięty na gigantycznych ekranach od podłogi do sufitu (wysokich na cztery piętra i o rozdzielczości 16 000 pikseli), prowadzi zwiedzających przez Warsztat Botaniczny nieustraszonego odkrywcy profesora Petera Pelgrina do jego Szklanego Domu, w którym każdy może zanurzyć się w magicznym świecie i korzystając z własnego smartfonu wchodzić w ekscytujące interakcje.
Wystarczy pojawić się w The Now Building pomiędzy 12:00 a 18:00 i skorzystać z aplikacji Outernet, która przedstawia The Butterfly Trail stworzony przez Pixel Artworks. W ten sposób, w samym sercu Londynu, można znaleźć się na łonie natury i trzymać motyle w dłoni – cóż z tego, że cyfrowe, skoro magiczne, bo da się je wypuszczać i uruchamiać animacje w czasie rzeczywistym! To jedna z najczęściej odwiedzanych atrakcji tego miasta, w dodatku zupełnie za darmo (tutaj)!
Siedem cudów siedmiu kuchni świata
Ale na tym nie kończy się oferta tego magicznego miejsca, bo na wszystkich tych, którym ciągle mało i głodni są kolejnych wrażeń czeka skryta pod arkadami hipsterska hala gastronomiczna – Arcade Food Hall & Bar (tutaj).
I choć sama w sobie nie jest szczególnie magiczna (przynajmniej w mojej ocenie) to skrywa pod swoim dachem dwie tajemnice. Zanim jednak o nich opowiem, pochylę się na chwilę nad potencjałem samej jadłodajni inspirowanej kulturą targów ulicznych.
To jedna z dwóch arkadowych hali gastronomicznych (jej bliźniacza siostra znajduje się w Battersea). Wielbiciele kuchni z mniej lub bardziej odległych zakątków świata mogą tu liczyć na swoje ulubione dania od bliskowschodniej shawarmy po amerykańskie burgery typu Smash.
Wchodzących od progu wita imponujący Center Point Bar, serwujący napoje, które odzwierciedlają smaki tutejszych kuchni.
Można wybrać miejsce przy barowych blatach tuż przed kucharzami przygotowującymi i serwującymi zamawiane dania. Albo zasiąść przy jednym z wielu stolików i stąd, korzystając z aplikacji zamawiania „do stołu” wybrać swój posiłek bez konieczności stania w kolejce i fatygowania się do baru po jego odbiór.
















To miejsce pełne gwaru, muzyki i ludzi. Szczególnie wieczorem ustawiają się tu kolejki do wejścia, ale dla tych którzy chcą na chwilę uciec od zgiełku ma także nostalgiczne kryjówki. Jedną z nich jest Games Room – na tyłach Arcade, wyposażona w stół bilardowy, stół do ping-ponga i maszynę Michter’s Old Fashioned, serwującą koktajle whisky na życzenie. Druga kryjówka znajduje się tuż obok.
Tajlandia bliżej niż myślisz
I tu zbliżamy się do pierwszej z dwóch tajemnic tej jadłodajni. Ulokowanej na antresoli kultowej w pewnych kręgach – Plaza Khao Gaeng, restauracji Luke’a Farrella, która serwuje dania z południowej Tajlandii (tutaj).
To miejsce mocno odstaje od pozostałej oferty Arcade Food Hall & Bar i działa niezależnie od niej. Kiedy wejdzie się na zaciszne pięterko od razu można poczuć inny klimat – atmosferę jednej z tych małych restauracji jakich wiele na południu Tajlandii, od wybrzeża aż po dżunglę. Londyńska Plaza inspirowana jest jednym z takich miejsc, które zajęło stare kino w Bangkoku.







Wizyta w tym angielskim lokalu kosztuje z pewnością mniej niż bilet do dawnego Syjamu, ale tanio nie jest. Nie jest też tak jak zwykle bywa w europejskich przybytkach serwujących dania tajskiej kuchni. Po pierwsze oferta nie jest turystyczna. Nie znajdziemy tu typowych dań w stylu: Tom Yam, Green Curry czy Pad Kee Moo.
Karta jest „krótka” (co zawsze jest obietnicą tego, że serwowane potrawy będą świeże) i oparta na specjałach kuchni z południa Tajlandii – curry z ryżem, dużo ryb i owoców morza. Oczywiście ja miłośniczka „pijanych klusek” musiałam przygotować się na nowe doznania i przypomnieć sobie swoją tajlandzką podróż sprzed trzech dekad, żeby zrozumieć i docenić to, co zadzieje się na moim stole. Porcje są nieduże (stąd ich stosunkowo niskie ceny w karcie mogą być nieco zwodnicze), dlatego warto tu przyjść w towarzystwie i zamówić kilka potraw, by dzielić się ich smakami.





Ach i to jedno z niewielu miejsc w Londynie, (w którym to mieście pomysły na wyśrubowane ceny serwowanych potraw zdają się nie mieć żadnych limitów) gdzie kasują Cię za „tap water” – oczywiście w szczytnym celu – nazywając to „Discretionary Water Donation”. Jednak smak tutejszej kuchni łagodzi ten nieco gorzki łyk kranówy.
A na sam koniec tej opowieści należy wam się jeszcze kilka zdań o ostatniej ze wspominanych przeze mnie dwóch tajemnic tego miejsca. Chodzi o Center Point – nazywany „pomnikiem zła kapitalizmu”!
Pierwszy londyński drapacz chmur… dla nikogo
Ten kontrowersyjny budynek powstał na miejscu dawnej szubienicy (swego czasu było ich tu sporo, a na tych ustawionych w okolicach dzisiejszego łuku Marble Arch zakończyło życie wielu katolików). I chyba ta wisielcza lokalizacja mocno zaważyła na renomie całego developerskiego projektu. Przekonajcie się zresztą sami.
Zbudowany w pierwszej połowie lat 60. ten modernistyczny wieżowiec, był jednym z pierwszych drapaczy chmur w Londynie. Składał się z 34-piętrowej wieży, 9-piętrowego bloku od wschodu obejmującego sklepy, biura, lokale handlowe na dwóch poziomach oraz bloku łączącego oba budynki na poziomie pierwszego piętra. Zajmował przestrzeń przy 101–103 New Oxford Street i 5–24 St Giles High Street, z frontem także do Charing Cross Road, w pobliżu St Giles Circus i prawie bezpośrednio nad stacją metra Tottenham Court Road.
Center Point powstał jako spekulacyjna przestrzeń biurowa wybudowana przez potentata na rynku nieruchomości niejakiego Harry’ego Hyamsa, który miał ją dzierżawić za 18 500 funtów rocznie przez 150 lat. Przedsiębiorczy właściciel chciał, aby cały budynek był zamieszkany przez jednego najemcę i zawzięcie negocjował zgodę na taką możliwość.
O tym, że nie było łatwo, świadczy fakt, że budynek pozostawał pusty przez wiele lat, przez co zaczęto go nazywać „pustym londyńskim drapaczem chmur”. Dzięki stale rosnącym cenom nieruchomości oraz umowom najmu od większości przedsiębiorstw, zajmujących niższe segmenty Center Point, jego właściciel mógł sobie pozwolić na pozostawienie wieżowca pustego i czekanie na swojego jedynego najemcę, za cenę wywoławczą wynoszącą 1 250 000 funtów.
O tym jak wielu oponentów miało to jego biznesowe podejście świadczy fakt, że pod koniec lat 60. nowopowstała organizacja charytatywna działająca na rzecz bezdomnych (jako schronisko w pobliskim Soho) przyjęła nazwę Centrepoint w odpowiedzi na to, że wieżowiec pana Hyamsa był postrzegany jako „obraza dla bezdomnych” – stał bowiem niezamieszkany, by jego deweloper mógł się bogacić.
W latach 70. grupa działaczy na rzecz mieszkalnictwa Direct Action, zorganizowała weekendową okupację Centre Point, by zwrócić uwagę na celowe pozostawienie go pustym podczas kryzysu mieszkaniowego w Londynie. Z kolei dekadę później budynek był siedzibą Konfederacji Przemysłu Brytyjskiego. Od tego czasu zmieniał właścicieli jeszcze kilka razy, aż w 2015 roku rozpoczęto renowację i adaptację wieży na budynek mieszkalny, którą zakończono trzy lata później. Podobnie jak miało to miejsce w momencie pierwotnego otwarcia wieżowca, choć odnowiony, pozostaje on w dużej mierze pusty. Wieczorem zaledwie kilka okien rozbłyskuje światłem, reszta jest pogrążona w ciemności, mimo że co najmniej połowa mieszkań została sprzedana. Z tego powodu Center Point doczekało się kolejnej niechlubnej etykiety. Nazwano go jedną z „wież widm” Londynu.
I tak oto z magicznych nierealnych klimatów cyfrowego szlaku motyli przeszliśmy szlakiem tajemniczych tajskich specjałów południowej Tajlandii, aż do widmowej famy pierwszego londyńskiego drapacza chmur… a wszystko to pod wspólnym dachem Center Point ulokowanego w samym sercu Londynu.
Jeśli ten post albo mój blog spodobał Ci się na tyle, żeby postawić mi symboliczną angielską herbatkę albo kieliszek prosecco, (które piję jak herbatkę), to wystarczy, że klikniesz przycisk poniżej.
Dziękuję i obiecuję, że wzniosę toast za Twoje zdrowie (także herbatką, jak będzie trzeba)!

