BlondynkaNadTamiza
Menu
  • HOME
  • O BLOGU
  • SPACERUJE
  • ZWIEDZA
  • POLECA
  • PODRÓŻUJE
  • SMAKUJE
  • OSZCZĘDZA
  • ZAGLĄDA
  • ROZMAWIA
Menu

Jadłodajnia M. Manze, brytyjska tradycja na talerzu 

Posted on 2025-10-272025-10-27 by admin02

Jeśli już krytykować angielską kuchnię, to warto się w tej sprawie nieco doedukować, by mieć pełną świadomość co, tak naprawdę, może być przedmiotem naszej największej dezaprobaty.  Wtedy szybko okaże się, że rzecz – nie tylko w niedzielnej pieczeni z sosem miętowym… 

nie wspominając już o tym, iż według ostatnich badań, najbardziej tradycyjną i popularną angielską potrawą jest… tikka masala. 

Jednak ja, zamierzam poświęcić dzisiejszą opowieść na przybliżenie Wam specjałów, które od dawien dawna kształtowały obraz tradycyjnej brytyjskiej kuchni.

Tam, gdzie czas się zatrzymał (i pachnie octem z węgorza)

Nie wiem, czy to kwestia jesiennej nostalgii, czy faktu, że coraz częściej roztkliwiam się na dźwięk cockneyowskiego akcentu, ale dziś zabieram Was w miejsce, które pachnie przeszłością – i to dosłownie. Witajcie w M. Manze – najstarszym pie and mash shopie w Londynie!

Okazuje się, że historia tego miejsca – londyńskiej jadłodajni i mekki tradycyjnej brytyjskiej kuchni, z lekka zalatuje włoskim rodowodem… Otóż Michele Manze, zięć niejakiego Cooke’a, kupił od niego istniejącą tu wcześniej restaurację w 1902 roku. On i jego rodzina wyemigrowali do Wielkiej Brytanii z Ravello we Włoszech w 1878 roku i pracowali jako sprzedawcy i producenci lodów. Chcieli w Londynie oferować „bardziej treściwe jedzenie”, więc zaczęli sprzedawać pasztety, puree ziemniaczane i węgorze.

Jak blondynka zakochała się w puree

Nic wiec dziwnego, że kiedy w jesienne popołudnie przekroczyłam progi szacownego M. Manze przez moment poczułam się jak na planie serialu o londyńskim East Endzie z lat 30. XX wieku. Ceramiczne płytki, które pamiętają wojnę (pewnie więcej niż jedną), marmurowe blaty, stare drewniane ławki i menu, które można by wydrukować na znaczku pocztowym. 

Bo wiecie co? Oni tu naprawdę od ponad 100 lat nie zmieniają repertuaru. Menu jest wiec krótki i proste:
– Pie
– Mash
– Liquor (nie, to nie alkohol, tylko zielony sos z pietruszki, ale o tym za chwilę)
– Węgorz – gotowany, prosto z gara (wersja dla odważnych)

No i ja, która wchodzę cała na czarno (czytaj: z głodem i aparatem) zamawiając klasyczny zestaw – pie and mash z liquor. A że blondynka lubi wiedzieć, co je – podpytuję przemiłe panie z butefu.

Okazuje się, że „liquor” to sos, którego sekretny skład zna chyba tylko szef kuchni i jego babcia. Zielony, gęsty, lekko słony ma pasować do tej potrawy idealnie. I gdyby nie fakt, że ze względu na niskobudżetowy charakter lokalu, szlachetna receptura w postaci, choćby świeżej natki pietruszki została sprowadzona do wersji suszonej zagęszczonej mąką, to można by sobie wyrobić lepsze pojęcie o tym klasyku tradycyjnej kuchni Anglików. 

A pie? Tradycyjna, ręcznie robiona mięsna zapiekanka z kruchym ciastem, które powinno rozpływać się w ustach. Tymczasem rzadko to robi, a już na pewno nie w tym lokalu. 

I wreszcie ostatnia z tych klasycznych pozycji, czyli Mash – ziemniaczane puree, takie w 100% domowe, żadna tam restauracyjna pianka (i je akurat mogę szczerze polecić).

Wszystko to razem… ma smakować jak błogie wspomnienie dzieciństwa, nawet jeśli nie wychowaliście się na Deptford High Street.

Zapytacie zapewne co mogę powiedzieć o tutejszym specjale, czyli gotowanym węgorzu? No cóż, przy całym szacunku dla tradycji i potrzebie spróbowania niemal wszystkiego (czasem tylko po to, żeby moc Wam o tym opowiedzieć) – zostałam przy pie and mash, tytułowym klasyki tego lokalu, bo już jego degustacja okazała się dla mnie sporym wyzwaniem. 

Z M. Manze wychodzi się z pełnym żołądkiem otulonym historią i z lekko podgrzanym sercem. Może dlatego, że w świecie, gdzie wszystko musi być „instagrammable”, takie miejsca przypominają, że jedzenie to nie zawsze ma być przeżycie gourmet. Czasem wystarczy poczciwy bieda-klasyk, czyli sos pietruszkowy plus rozmowa z panią za ladą, która pamięta czasy, gdy na ulicach królowały dorożki (albo prawie). 

A wokół... kulinarny kalejdoskop

Jeśli jednak, zrażeni moją szczerą recenzją tutejszych kulinarnych hitów nie zdecydujecie się zamówić niczego z tradycyjnego repertuaru brytyjskich klasyków to mam dla Was pocieszająca informację. Otóż możecie, bo naprawdę warto, zwiedzić to miejsce, a wilczy albo wybredny apetyt zaspokoić w jednym z kilku lokali gastronomicznych znajdujących się wokół M. Manze. 

Tworzą one kulinarny kalejdoskop najważniejszych kuchni świata, bardzo reprezentatywny i jednocześnie charakterystyczny dla Londynu.  Znajdziecie tu i „Chińczyka”, i „Jamajczyka, i „Hindusa”. A gdyby ktoś miał jednak ochotę na brytyjskiego klasyka to tuż obok jadłodajni czeka na niego lokalik oferujący proste angielskie Fish and chips – podobno jedno z najlepszych w tej części miasta! 

Jeśli jesteście w Londynie i chcecie zjeść jak prawdziwy East Ender – zostawcie modne gastro-puby, idźcie do M. Manze. Może nie zjecie tu najładniejszego dania w swoim życiu, ale na pewno jedno z najbardziej autentycznych.

P.S. Tak, mają ocet z chili i butelkę brązowego sosu HP. Bo klasyka to klasyka!

2 thoughts on “Jadłodajnia M. Manze, brytyjska tradycja na talerzu ”

  1. Komentarz pisze:
    2025-11-20 o 15:49

    Teksty i zdjęcia są dobre, acz te ostatnie mogłyby być ciut wyraźniejsze. Tekstu komentujace są – jak wspomniałem – bez większych zarzutów, nie są rozwlekle, za to z tzw „biglem” i ze zdrową dawką poczucia humoru. To moim zdaniem istotna część zagadnienia. Widać redaktorska rękę. Kwestia literówek : powinno być bufet, a nie butef. Ale cóż… Koń ma 4 nogi, a też się czasem potknie. Jak to mówią „nobody is perfect”. Będę musiał częściej zaglądać do Twojego bloga, zwłaszcza, że z angielskiej kuchni znam tylko pudding.

    Odpowiedz
    1. admin02 pisze:
      2025-11-29 o 13:38

      Drogi Marku, dzieki za recenzje, ostatnie wpisy robilam na czyms co nawet nie przypomina komputera i nie ma worda, dlatego nie poprawia mi literowek, a moje dawne redaktorskie „spiczaste” oko juz nie takie spoczaste, obawiam sie

      Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

BLONDYNKA O SOBIE


„Kobieta renesansu”, która żadnej pracy się nie boi (ale niektórych profesji, z zasady, unika). Plastyczka, absolwentka archeologii śródziemnomorskiej (z miłości do egipskich starożytności), reporterka telewizyjna, stylistka wnętrz, rzeczniczka prasowa jednego z warszawskich muzeów, redaktorka merytoryczna (od zawsze i na zawsze), szefowa pewnej ważnej kampanii (ale nie wrześniowej), działaczka polonijna. Obecnie kuratorka i propagatorka sztuki.


Po pracy: projektantka kolczyków i zwariowanych nakryć głowy, dekoratorka tortów, a incydentalnie sopranistka pewnego londyńskiego chóru. Spontaniczna podróżniczka, tropicielka absurdów, dociekliwa zwiedzaczka i niestrudzona spacerowiczka, spostrzegawcza Cyklopka dokumentująca wszystko trzecim okiem (obiektywu).


Blondynka od zawsze, od niedawna blogerka (czyli bLONDYNka nad Tamizą) opisująca uroki Londynu. Mieszkanka stolicy Wielkiej Brytanii (od prawie dekady) zakochana w tym mieście po uszy i oczy, czyli


Ania Kolczyńska

  • O BLOGU
  • OSZCZĘDZA
  • PODRÓŻUJE
  • POLECA
  • ROZMAWIA
  • SMAKUJE
  • SPACERUJE
  • ZAGLĄDA
  • ZWIEDZA

WSPARCIE BLOGA

Jeśli ten post albo mój blog spodobał Ci się na tyle, żeby postawić mi symboliczną angielską herbatkę albo kieliszek prosecco, (które piję jak herbatkę), to wystarczy, że klikniesz przycisk poniżej.

Dziękuję i obiecuję, że wzniosę toast za Twoje zdrowie (także herbatką, jak będzie trzeba)!

FOLLOW ME

©2022 | Anna Kolczyńska