Ta ikoniczna elektrownia Londynu jest miejscem świętym: po pierwsze dla wielbicieli rocka, po drugie dla miłośników architektury, a po trzecie dla fanów rozrywki i zakupów, którzy od trzech miesięcy mają swoją nową świątynię komercyjnej rozpusty. Czyli, w zasadzie nic się nie zmieniło, bo dawna elektrownia, podobnie jak niegdyś, dostarcza energię mieszkańcom tego miasta, ba – nawet więcej – daje odwiedzającym ją londyńczykom niezłego kopa! (tutaj)
Majestatyczna budowla w stylu Art Deco jest też apoteozą cegły. Do jej budowy użyto 6 milionów klinkierowych kostek, czyniąc ją jednym z największych ceglanych budynków na świecie. Ale zanim otworzyła swoje podwoje jako innowacyjne centrum rekreacyjno-handlowe, przez cztery dekady czekała na swoją drugą szansę, popadając w ruinę.
Budowali, budowali, aż zbudowali!
Pierwszą dostała w roku 1925, kiedy to brytyjski parlament uznał, że sieć energetyczna powinna stanowić jeden system o jednolitych standardach, będący własnością publiczną. W reakcji na tę rządową decyzję kilka prywatnych firm energetycznych stworzyło London Power Company (LPC), które rozpoczęło budowę pierwszej super elektrowni, w rejonie Battersea, na południowym brzegu Tamizy. Inwestycja wywołała protesty tych, którzy uważali, że budynek będzie zbyt duży i rzucający się w oczy. Firma LPC rozwiązała ten problem, zatrudniając Sir Gilesa Gilberta Scotta do zaprojektowania zewnętrznej części elektrowni. Ten uznany architekt i projektant przemysłowy, miał już na swoim koncie projekt czerwonej budki telefonicznej i anglikańskiej katedry w Liverpoolu. Zaprojektował także kolejną londyńską elektrownię Bankside (tak, tą samą, w której obecnie mieści się galeria sztuki Tate Modern).
Guru brytyjskiej architektury stworzył projekt pierwszej z dwóch elektrowni, budowanych w dwóch etapach, w jednym budynku. „Battersea A” została wzniesiona w latach 1929-1935, a elektrownia „Battersea B,” na wschodzie, powstawała w latach 1937-1941, kiedy to budowa została wstrzymana z powodu drugiej wojny światowej. Budynek ukończono w 1955 roku. „Battersea B” zbudowano według projektu prawie identycznego z projektem „Battersea A”, tworząc kultową czterokominową konstrukcję.
Opalana węglem Battersea Power Station była trzecią co do wielkości elektrownią w Wielkiej Brytanii, zapewniając jedną piątą zapotrzebowania Londynu na energię elektryczną. W momencie otwarcia stała się również najbardziej wydajną termicznie elektrownią na świecie. Jednak tej energii nie starczyło na długo i „Battersea A” została wycofana z użytku w 1975 roku, a „Battersea B” zamknięto trzy lata później.
Jak elektrowni podłożono świnię
W międzyczasie jej światło rozbłysło ponownie w 1977 roku, rozsławiając elektrownię wśród wyznawców rocka, którzy utożsamiają tę budowle z okładką „Animals” – dziesiątego albumu studyjnego Pink Floyd. Ta rockowa legenda jest podtrzymywana i podgrywana przez autorów współczesnej wersji Battersea Power Station. Z okładkowej świni latającej nad wieżami elektrowni uczynili oni motyw przewodni, przewijający się w identyfikacji graficznej nowego centrum.
By mógł powstać nowy projekt potrzeba było wielu dramatycznych zwrotów akcji i 5 miliardów funtów do odrestaurowania zabytkowej konstrukcji. Zniknęły trzeszczące generatory i pracownicy pociągający za strzelające prądami dźwignie, a ich miejsce zastąpiło wielkie centrum z luksusowymi mieszkaniami (na razie jest ich 1600, a w planach kolejne 2400), 110 sklepami, mnóstwem restauracji i barów, wszystko to obok sześciopiętrowego biurowca (wkrótce ma się w nim mieścić siedziba Apple).


Przyznam, że nie byłam wielką fanką nowych apartamentowców otaczających budynek elektrowni, szczególnie, gdy ukazały się (wraz z nią) moim oczom, jak tylko wyłoniłam się ze stacji metra Battersea Power Station. Opływowy kształt jednego z budynków wyglądał niczym kolejne piętra kajut turystycznego giganta. Jednak, w miarę jak sunęłam aleją w głąb kompleksu mieszkalnego, zbudowanego wokół dawnej elektrowni, mijając po drodze plac zabaw dla dzieci, z kolorowymi kolumnami nawiązującymi do strzelistych wież Battersea Power Station, zmieniałam zdanie na temat urody otoczenia.








Musiałam przyznać, że zróżnicowane kształty budynków, zgrabne balansowanie poziomami komunikacyjnymi i lustrzane fasady, w których odbija się i multiplikuje bryła elektrowni, mają swój urok.



Dodatkiem do tej gry świateł i cieni są instalacje w ramach Light Festival, który trwa do 5 marca. Jedną z nich jest podwójny sznur z suszącym się praniem, rozpięty pomiędzy ścianami apartamentowców, w bezpośredniej okolicy elektrowni. „Robi robotę” nawet w ciągu dnia, a poszczególne białe elementy ubrań drgają poruszane powiewem wiatru. Nie miałam czasu i nie mogłam czekać do zmroku, żeby sfotografować kolejne świetlne atrakcje festiwalu (na szczęście kilka z nich znajduje się wewnątrz elektrowni, gdzie świecą niezależnie od pory dnia).




Bitwa na sklepy
Jeśli chodzi o najemców lokali komercyjnych, to zanim jeszcze przekroczy się próg dawnej elektrowni już widać kto tu rządzi. „Starzy wyjadacze” zaklepali sobie najlepsze miejscówki. Zara, choć nie w samym zabytkowym budynku, to jednak rozgościła się, w takim, który trzeba koniecznie minąć po drodze, jest więc pierwszym sklepem, na jaki trafia każdy przybysz wychodzący z metra. Na dolnym poziomie (założę się, że najbliżej parkingu) wielką przestrzeń zagospodarowała sieć M&S, a przypominam, że wszystko to jeszcze przed wejściem do Battersea Power Station.
Kiedy już wkroczy się do budynku po byłej elektrowni (tylnymi drzwiami, które są najbliżej stacji metra) na wprost wejścia czyhają tu, na rządnych zakupowych wrażeń, dwa giganty Rolex i Cartier. Jasne, że nie wszyscy skorzystają z ich oferty, (chociaż pewnie bardzo by chcieli), ale ta przestrzeń jest jednym z najbardziej imponujących fragmentów nowej Katedry Mocy. Dlatego jeśli gdzieś oczekiwać eleganckich salonów i butików to właśnie tu.







Z szacunku do zabytkowych detali
I już od wejścia widać wielką dbałość o zachowanie substancji zabytkowej, czyli wszystkich malowniczych fragmentów budowli, które dało się odzyskać w trakcie generalnego remontu. Są więc elementy dawnych ceglanych ścian i okładzin, są starannie wyeksponowane zabytkowe żelazne konstrukcje i rozmaite detale, które przypominają o dawnej architektonicznej świetności elektrowni. A jest o czym, bo za czasów pierwotnej budowy pomieszczenie kontrolne stacji A zostało wyposażone przez architekta Hallidaya w wiele elementów w stylu Art Deco. W hali turbin zastosowano włoski marmur, a w całym wnętrzu – polerowane parkiety i klatki schodowe z kutego żelaza. Ze względu na brak funduszy po drugiej wojnie światowej wnętrze stacji B nie zostało potraktowane w ten sam sposób. Jednak współcześni architekci nadrobili te dawne braki, robiąc mistrzowską robotę.









Starannie podegrali wszystkie zabytkowe elementy, przeobrażając dawną Katedrę Mocy w genialnie zaprojektowane nowoczesne wnętrze. Są zatem strefy zaaranżowane z wykorzystaniem dawnych industrialnych elementów, rur, turbin i kotłów, które nie pozwalają zapomnieć o pierwotnym przeznaczeniu tej budowli. Jest nawet małe muzeum, w którym ciekawscy zwiedzacze Battersea Power Station mogą dowiedzieć się więcej o jego pełnej napięć i zwrotów akcji historii.









Szklana Sto-dziewiątka i z niej widoki
Pośród wszystkich atrakcji tą najpierwszą jest niewątpliwie wielka przeszklona winda, ulokowana w jednym z kominów dawnej elektrowni. Lift 109, wynosi zwiedzaczy na wysokość 109. pięter – być może nawet deklasując strzelisty wieżowiec Shard – dotychczasowego monopolistę na najpiękniejszą panoramę Londynu. Trzeba przyznać, że podróż na 109. piętro, skąd można zobaczyć miasto i Tamizę z lotu ptaka jest warta wszystkich pieniędzy.
Tak przynajmniej zdecydowałam, gdy wyżebrując możliwość zakupu biletów bez wcześniejszej rezerwacji online (tutaj) użyłam koronnego argumentu na „Blondynkę nad Tamizą” i manager zgodził się, w ramach wyjątku, sprzedać mi jeden z nich. Musiałam jednak zapłacić 23,50 funtów szterlingów (cena biletów online to £15,90). A zatem podróż na 109. piętro Battersea Power Station wyniosła mnie, mniej więcej tyle, co bydłolot na trasie Londyn – Warszawa.













Jednak widoki i efekciarska oprawa, towarzysząca tej krótkiej podróży prawie do samego nieba, zrekompensowały mi ową finansową rozrzutność. W weekendy ta dostępna od niedawna atrakcja turystyczna jest tak oblegana, że szans na zakup biletów z „walk in” praktycznie nie ma. Jeśli więc obstawiacie sobotę albo niedzielę, to tylko z wcześniejszą rezerwacją.
Oczywiście ta cenowo rozsądniejsza opcja niesie ze sobą pewne ryzyko, którego skutki mogą mocno obniżyć atrakcyjność podniebnej wycieczki. W Londynie, który słoneczny jest, kiedy mu się podoba, (a na ogół ma to gdzieś), kupno biletu z dużym wyprzedzeniem może oznaczać oglądanie panoramy miasta w deszczu i chmurach. I to był główny powód mojej spontanicznej decyzji. O wizycie w dawnej elektrowni zdecydowałam w momencie, gdy dzień był solidnie słoneczny. Na tyle, że kiedy już znalazłam się w przeszklonym punkcie widokowym, na szczycie wieży, to słońce dosłownie zgrillowało mnie i pozostałych szczęśliwców, w ciągu pierwszych 4 minut (z 10 jakie są przewidziane na obfotografowanie panoramy i obowiązkowe selfie na jej tle). Latem, w drodze na szczyt, obsługa będzie chyba rozdawać bikini i słomkowe kapelusze, a jeśli nie – to pozostanie jej dodawanie do zwiedzających ketchupu i musztardy.



Apetyt na nowe kulinarne miejscówki
Podobnie jak to miało miejsce w przypadku sklepów, także restauratorzy zadbali o najbardziej eksponowane lokalizacje, które nie pozwolą, by zostali niezauważeni przez tłumy grasujące po nowym centrum. I tak, Gordon Ramsay rozgościł się ze swoją restauracją tuż przy sklepiku z pamiątkami. Muszą przez niego przejść, jak przez przymusową śluzę, wszyscy opuszczający Lift 109, po drodze mając okazję do nabycia np. pamiątkowej butli dżinu w zestawie z prawie elektryczną poduszką, jeśli ten od razu ich ulula.



A i hasło „kup pan cegłę!” nabiera w tym sklepiku nowego znaczenia. Można tu je nabyć we wszystkich kolorach i uhonorować w ten sposób przybytek wzniesiony z milionów cegieł.



Opuszczający sklepik turyści, odurzeni nieziemskimi i ziemskimi widokami ze szczytu wieży, jeszcze nie zdążą ochłonąć, a już ich oczom ukazuje się kuszący eleganckim wystrojem lokal sprytnego Gordona.




A gdyby ktoś jeszcze nie wierzył, że ów słynny kucharz jest rekinem biznesu, to on sam zadbał o odpowiednio przekonujące detale, w witrynie swojej najnowszej restauracji.
Wśród kulinarnych must have w Battersea Power Station są restauracje, które w ostatnim czasie święciły triumfy stając się najmodniejszymi miejscówkami Londynu. Ma więc tu swoją filie Cinnamon Kitchen, wkrótce dołączy do nich Arcade Food Hall, kontynuując sukces tej z Tottenham Court Road. Z kolei szef kuchni Henrique Sa Pessoa, mający na swym koncie trzy gwiazdki Michelin, otworzył portugalski lokal o nazwie Joia.
Są tu także zorientowane na Instagram Poke House i Le Bab serwujący podobno wyśmienity kebab.





Oczywiście wszystkie szanujące się barowo-restauracyjne sieciówki zadbały tu swoje przedstawicielstwa, z wystrojem wnętrza w wariancie de lux, jak choćby wszechobecne Itsu.



Bar, w którym iskry lecą
A miejscem kultowym na koktajlowej mapie BPS jest Control Room B, zaaranżowany w przestrzeni, w której kiedyś siedzieli technicy elektrowni, kontrolujący jedną piątą elektryczności stolicy. Pokój B mieści się w brutalistycznej, odzianej w stal sterowni, pozostawionej w takim samym stanie, w jakim była niegdyś. Goście sączą więc swoje drinki przy eleganckich stolikach, w otoczeniu generatorów i transformatorów, urządzeń pomocniczych, kontrolnych, sygnalizacyjnych, zabezpieczających i pomiarowych. Energetycznego wrażenia dopełniają uniformy personelu, ktory odziany jest w białe inżynierskie fartuchy. Rano oferują oni kawę i ciastka, a popołudniu przechodzą do menu koktajli, działając do 2 w nocy. Koncept jest zarządzany przez Grupę Incepcji, która odniosła sukces z grupą Mr Fogg’s i barami Bunga Bunga.









Jest i dobra wiadomość dla tych, co zamiast biegać po sklepach i restauracjach wolą to robić na siłowni. W nowo otwartym centrum czeka na nich Be Military Fit, a na fanów pedałowania – Boom Cycle. Z kolei BXR wkrótce otworzy tu swoją trzecią siłownię, ale tylko dla swoich stałych członków.
Dla tych, co podobnie jak ja nie brzydzą się kulturą (pod warunkiem, że nie jest fizyczna) są dwa kina: jedno z nich to The Cinema in The Arches, z pięciogwiazdkową obsługą, odchylanymi fotelami, laserowymi ekranami projekcyjnymi i pysznym piwem rzemieślniczym. Drugie mieści się w budynku samej elektrowni, jest znacznie większe, a oba jego ekrany są uzupełnione o prywatne loże z minibarami, jednym słowem – niezłe kino.
A wszystkim tym, którzy z różnych, nie tylko finansowych, względów nie zdecydują się na podziwianie płatnych podniebnych widoków, pozostaje równie atrakcyjna możliwość oglądania Battersea Power Station od frontu. Bryła o monumentalnym charakterze widziana od strony rzeki wbija w ziemię, której jest dużo dookoła, pewnie po to, by oglądający mieli możliwość zobaczenia całości z odpowiedniej perspektywy. A jeśli ktoś woli, może być wbity w jedną z ławek jakich wiele czeka na omdlałych od niezwykłego widoku przybyszów.






Dodatkową atrakcją dla spacerowiczów i zwiedzających jest molo, pozostałość po czasach, gdy teren od strony Tamizy, był miejscem rozładunku dla elektrowni. Teraz to strefa relaksu z ławkami i stołami, przy których można zasiąść, rozkoszując się leniwym weekendowym popołudniem.
I co, może ktoś powie, że niefajnie?





