BlondynkaNadTamiza
Menu
  • HOME
  • O BLOGU
  • SPACERUJE
  • ZWIEDZA
  • POLECA
  • PODRÓŻUJE
  • SMAKUJE
  • OSZCZĘDZA
  • ZAGLĄDA
  • ROZMAWIA
Menu

 Kolacja ze Stingiem w Villa di Geggiano

Posted on 2025-04-132025-12-10 by admin02

Są w Londynie (i nie tylko), miejsca, które wprawiają moją podświadomość w stan dziwnych wibracji, początkowo jedynie kusząc, a gdy te dyskretne sygnały nie działają, wręcz zmuszając mnie do koniecznych (zdaniem mojej podświadomości) ich odwiedzin. 

Tak właśnie było z Villa di Geggiano. Ilekroć mijałam tę stylową restaurację z eleganckim ogródkiem, ulokowaną pomiędzy Hammersmith – dzielanką o nienajlepszych referencjach, a Chiswick – mającą wśród londyńskich dzielnic znacznie lepszą renomę, zaczynały się wyświetlać w mojej głowie kuszące komunikaty i projekcje w stylu „musisz, po prostu musisz tu kiedyś być!”.

Od dawna zatem planowałam, że to zrobię, nie tylko dlatego, że było coś czarownego w stylizowanym na zabytkowy frontonie willi, w której mieściła się ta włoska restauracja. Drugim powodem był fakt, że nie zwykłam długo sprzeciwiać się sugestiom i nakazom mojej podświadomości, wiedząc, że ta zawsze ma rację. Czułam, że magia tego miejsca nie polega jedynie na jego urokliwym wyglądzie i musi chodzić o coś więcej.

Toskańska pocztówka z londyńskiej ulicy

Miałam rację, choć kiedy wreszcie zdarzyła się specjalna okazja, by odwiedzić Villa di Geggiano, pogoda nie dawała szans do spędzenia czasu w ogródku, który ulokowany przed wyjściem do restauracji i dyskretnie osłonięty od strony ruchliwej ulicy wydawał mi się zawsze rozkosznym schronieniem i obietnicą romantycznej kolacji.

No cóż już na samym początku tej długo odkładanej wizyty należało zrewidować plenerowe plany i wejść do środka. A środek… hmmm, jako że o gustach się nie dyskutuje, nie zamierzam tego robić, zasugeruję tylko dyskretnie, że nigdy nie domyślę się (może to i lepiej) cóż miał w głowie interior designer projektujący główną salę, w której przyszło mi spędzić ten wieczór. Dodam tylko, że styl (a nawet kilka stylów tego wnętrza) w niczym nie nawiązywał do klimatu starej włoskiej willi, który tak kusił mnie, ilekroć wcześniej mijałam tę restaurację.  

„Message in the bottle” wysłana na Chiswick

Ten eklektyczno-ekscentryczny entourage nie pomagał wczuć się we włoskie klimaty i zanurzyć w karcie dań inspirowanych smakami Toskanii. Uczynił to jednak manager restauracji, który ze swadą najlepiej poinformowanego konsjerża i znawstwem doświadczonego someliera pomógł mnie i moim towarzyszom dokonać wyboru dań i win, jednocześnie opisując historię tego miejsca. A przy okazji, zupełnie nieświadomie, zdradzając mi powód wielomiesięcznych alertów mojej podświadomości.  

Otóż londyńska Villa di Geggiano była swoistym alter ego czy też może raczej przyrodnią siostrą willi o tej samej nazwie znajdującej się w Toskanii, która z kolei sąsiadowała z winnicą Il Palagio należącą do… Stinga! I to dlatego moja podświadomość, która dobrze pamiętała, ile to czasu zajęło mojej nastoletniej duszyczce odkochiwanie się w Gordonie Metthew Sumnerze, sugerowała mi, że to jest właśnie sekret i prawdziwy potencjał tego miejsca, które muszę odwiedzić.

Oto bowiem, do przepysznej kolacji w stylu włoskim można było zamówić wina pochodzące ze sieneńskiej winnicy samego Stinga! A żeby efekt kolacji z muzycznym idolem mojej młodości był jeszcze bardziej podkręcony to każde z zamawianych win miało nazwę będącą jednocześnie tytułem jednego ze stingowych przebojów. I o ile oczywisty był pomysł na „Message in the bottle” to już uprzedzanie w myślach nazw kolejnych butelek było nie lada wyzwaniem. I tak na stole, a właściwie w kieliszkach pojawiły się kolejno: „Roxanne” „When We Dance”, a także „Sister Moon”.

Niezależnie od tego czy były białe czy czerwone – smakowały wybornie! Choć, wybierając resztki uczciwości z dna mojej wielbiącej Stinga duszy musze przyznać, że nawet gdyby w butelkach z jego winnicy serwowano mi cykutę, to delektowałabym się nią bez reszty. Myślę, że można polegać za to na towarzyszach mojej kolacji, z których przynajmniej jedno zachowało zdrowy osąd i jako koneser zacnych win także przyznawało trunkom z Il Palagio wysokie noty.  

Smaki toskańskiej tradycji

Jednak restauracja Villa di Geggiano z Chiswick High Road jest nie tylko brytyjskim dystrybutorem win z toskańskiej winnicy Stinga. Otóż ów londyński lokal należąc od 2014 roku do arystokratycznej włoskiej rodziny Bianchi Bandinelli, może poszczycić się zacną kolekcją włoskich trunków z Villa di Geggiano, niedaleko Sieny w Toskanii.

Była ona rodzinnym domem i winnicą wspomnianej familii od 1527 roku. Villa di Geggiano eksportuje swoje wina do Wielkiej Brytanii od 1725 roku, kiedy Niccolo Bandinelli po raz pierwszy rozpoczął ich wysyłkę z piwnic tej posiadłości. Włoska willa w obecnej formie została wzniesiona w 1768 roku i była między innymi scenerią filmu Bernardo Bertolucciego „Ukryte Pragnienia”.

Ach i oprócz zacnej piwniczki specjałów do odkorkowania i znakomitej kuchni to miejsce kryje jeszcze jeden sekret, który zdradzam Wam na samym końcu mojej opowieści, a który dla moich rodaków planujących odwiedziny w Villa di Geggiano może mieć niebagatelne znaczenie. Otóż ów wszechwiedzący i uprzedzający życzenia klientów pan menager jest z pochodzenia Polakiem!

Jeśli wiec nie do końca skusiły Was stingowe etykiety rodem z Toskanii to polecam byście przyszli i oddali się w ręce wspomnianego gospodarza tego miejsca i sami docenili profesjonalizm polskiego przewodnika Waszej wizyty!  

A jeśli preferujecie te wirtualne, to polecam Wam „odwiedzenie” innej włoskiej kultowej  knajpki (ulubionej przez księżną Dianę), Wystarczy poczytać sobie o niej w jednej z moich wcześniejszych opowieści (tutaj)    

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

BLONDYNKA O SOBIE


„Kobieta renesansu”, która żadnej pracy się nie boi (ale niektórych profesji, z zasady, unika). Plastyczka, absolwentka archeologii śródziemnomorskiej (z miłości do egipskich starożytności), reporterka telewizyjna, stylistka wnętrz, rzeczniczka prasowa jednego z warszawskich muzeów, redaktorka merytoryczna (od zawsze i na zawsze), szefowa pewnej ważnej kampanii (ale nie wrześniowej), działaczka polonijna. Obecnie kuratorka i propagatorka sztuki.


Po pracy: projektantka kolczyków i zwariowanych nakryć głowy, dekoratorka tortów, a incydentalnie sopranistka pewnego londyńskiego chóru. Spontaniczna podróżniczka, tropicielka absurdów, dociekliwa zwiedzaczka i niestrudzona spacerowiczka, spostrzegawcza Cyklopka dokumentująca wszystko trzecim okiem (obiektywu).


Blondynka od zawsze, od niedawna blogerka (czyli bLONDYNka nad Tamizą) opisująca uroki Londynu. Mieszkanka stolicy Wielkiej Brytanii (od prawie dekady) zakochana w tym mieście po uszy i oczy, czyli


Ania Kolczyńska

  • O BLOGU
  • OSZCZĘDZA
  • PODRÓŻUJE
  • POLECA
  • ROZMAWIA
  • SMAKUJE
  • SPACERUJE
  • ZAGLĄDA
  • ZWIEDZA

WSPARCIE BLOGA

Jeśli ten post albo mój blog spodobał Ci się na tyle, żeby postawić mi symboliczną angielską herbatkę albo kieliszek prosecco, (które piję jak herbatkę), to wystarczy, że klikniesz przycisk poniżej.

Dziękuję i obiecuję, że wzniosę toast za Twoje zdrowie (także herbatką, jak będzie trzeba)!

FOLLOW ME

©2022 | Anna Kolczyńska