Są w Londynie (i nie tylko), miejsca, które wprawiają moją podświadomość w stan dziwnych wibracji, początkowo jedynie kusząc, a gdy te dyskretne sygnały nie działają, wręcz zmuszając mnie do koniecznych (zdaniem mojej podświadomości) ich odwiedzin.
Tak właśnie było z Villa di Geggiano. Ilekroć mijałam tę stylową restaurację z eleganckim ogródkiem, ulokowaną pomiędzy Hammersmith – dzielanką o nienajlepszych referencjach, a Chiswick – mającą wśród londyńskich dzielnic znacznie lepszą renomę, zaczynały się wyświetlać w mojej głowie kuszące komunikaty i projekcje w stylu „musisz, po prostu musisz tu kiedyś być!”.
Od dawna zatem planowałam, że to zrobię, nie tylko dlatego, że było coś czarownego w stylizowanym na zabytkowy frontonie willi, w której mieściła się ta włoska restauracja. Drugim powodem był fakt, że nie zwykłam długo sprzeciwiać się sugestiom i nakazom mojej podświadomości, wiedząc, że ta zawsze ma rację. Czułam, że magia tego miejsca nie polega jedynie na jego urokliwym wyglądzie i musi chodzić o coś więcej.
Toskańska pocztówka z londyńskiej ulicy
Miałam rację, choć kiedy wreszcie zdarzyła się specjalna okazja, by odwiedzić Villa di Geggiano, pogoda nie dawała szans do spędzenia czasu w ogródku, który ulokowany przed wyjściem do restauracji i dyskretnie osłonięty od strony ruchliwej ulicy wydawał mi się zawsze rozkosznym schronieniem i obietnicą romantycznej kolacji.
No cóż już na samym początku tej długo odkładanej wizyty należało zrewidować plenerowe plany i wejść do środka. A środek… hmmm, jako że o gustach się nie dyskutuje, nie zamierzam tego robić, zasugeruję tylko dyskretnie, że nigdy nie domyślę się (może to i lepiej) cóż miał w głowie interior designer projektujący główną salę, w której przyszło mi spędzić ten wieczór. Dodam tylko, że styl (a nawet kilka stylów tego wnętrza) w niczym nie nawiązywał do klimatu starej włoskiej willi, który tak kusił mnie, ilekroć wcześniej mijałam tę restaurację.
„Message in the bottle” wysłana na Chiswick
Ten eklektyczno-ekscentryczny entourage nie pomagał wczuć się we włoskie klimaty i zanurzyć w karcie dań inspirowanych smakami Toskanii. Uczynił to jednak manager restauracji, który ze swadą najlepiej poinformowanego konsjerża i znawstwem doświadczonego someliera pomógł mnie i moim towarzyszom dokonać wyboru dań i win, jednocześnie opisując historię tego miejsca. A przy okazji, zupełnie nieświadomie, zdradzając mi powód wielomiesięcznych alertów mojej podświadomości.
Otóż londyńska Villa di Geggiano była swoistym alter ego czy też może raczej przyrodnią siostrą willi o tej samej nazwie znajdującej się w Toskanii, która z kolei sąsiadowała z winnicą Il Palagio należącą do… Stinga! I to dlatego moja podświadomość, która dobrze pamiętała, ile to czasu zajęło mojej nastoletniej duszyczce odkochiwanie się w Gordonie Metthew Sumnerze, sugerowała mi, że to jest właśnie sekret i prawdziwy potencjał tego miejsca, które muszę odwiedzić.
Oto bowiem, do przepysznej kolacji w stylu włoskim można było zamówić wina pochodzące ze sieneńskiej winnicy samego Stinga! A żeby efekt kolacji z muzycznym idolem mojej młodości był jeszcze bardziej podkręcony to każde z zamawianych win miało nazwę będącą jednocześnie tytułem jednego ze stingowych przebojów. I o ile oczywisty był pomysł na „Message in the bottle” to już uprzedzanie w myślach nazw kolejnych butelek było nie lada wyzwaniem. I tak na stole, a właściwie w kieliszkach pojawiły się kolejno: „Roxanne” „When We Dance”, a także „Sister Moon”.
Niezależnie od tego czy były białe czy czerwone – smakowały wybornie! Choć, wybierając resztki uczciwości z dna mojej wielbiącej Stinga duszy musze przyznać, że nawet gdyby w butelkach z jego winnicy serwowano mi cykutę, to delektowałabym się nią bez reszty. Myślę, że można polegać za to na towarzyszach mojej kolacji, z których przynajmniej jedno zachowało zdrowy osąd i jako koneser zacnych win także przyznawało trunkom z Il Palagio wysokie noty.
Smaki toskańskiej tradycji
Jednak restauracja Villa di Geggiano z Chiswick High Road jest nie tylko brytyjskim dystrybutorem win z toskańskiej winnicy Stinga. Otóż ów londyński lokal należąc od 2014 roku do arystokratycznej włoskiej rodziny Bianchi Bandinelli, może poszczycić się zacną kolekcją włoskich trunków z Villa di Geggiano, niedaleko Sieny w Toskanii.
Była ona rodzinnym domem i winnicą wspomnianej familii od 1527 roku. Villa di Geggiano eksportuje swoje wina do Wielkiej Brytanii od 1725 roku, kiedy Niccolo Bandinelli po raz pierwszy rozpoczął ich wysyłkę z piwnic tej posiadłości. Włoska willa w obecnej formie została wzniesiona w 1768 roku i była między innymi scenerią filmu Bernardo Bertolucciego „Ukryte Pragnienia”.
Ach i oprócz zacnej piwniczki specjałów do odkorkowania i znakomitej kuchni to miejsce kryje jeszcze jeden sekret, który zdradzam Wam na samym końcu mojej opowieści, a który dla moich rodaków planujących odwiedziny w Villa di Geggiano może mieć niebagatelne znaczenie. Otóż ów wszechwiedzący i uprzedzający życzenia klientów pan menager jest z pochodzenia Polakiem!
Jeśli wiec nie do końca skusiły Was stingowe etykiety rodem z Toskanii to polecam byście przyszli i oddali się w ręce wspomnianego gospodarza tego miejsca i sami docenili profesjonalizm polskiego przewodnika Waszej wizyty!
A jeśli preferujecie te wirtualne, to polecam Wam „odwiedzenie” innej włoskiej kultowej knajpki (ulubionej przez księżną Dianę), Wystarczy poczytać sobie o niej w jednej z moich wcześniejszych opowieści (tutaj)



