O Janie III Sobieskim wiemy naprawdę sporo i już na etapie przedszkola potrafimy wyliczyć, że miał trzy pieski, z których co najmniej jeden był niebieski. W szkole podstawowej, dochodzą nas echa jego militarnych triumfów nad Turkami. Wiemy, że Wiedeń i że Wilanów. Co bardziej romantyczni potrafią nawet recytować fragmenty wierszy rozmiłowanego monarchy do Marysieńki – jego „jedynej duszy i serca… i tak dalej”. I nie ma co się dziwić tej naszej „rozległej” o Sobieskim wiedzy. W końcu to polski władca, którego sława i popularność wykraczały daleko poza granice Rzeczypospolitej, a przy okazji ostatni z tych naprawdę wielkich i niezwyciężonych.
Dziwić natomiast może (i mnie właśnie zdziwiło), że mało kto wie o jego wizycie w stolicy Anglii. Wydawałoby się, że przeszła ona niemal bez echa. I rzeczywiście, o ile sam miesięczny pobyt młodego Sobieskiego w Londynie nie pozostawił trwałych śladów w umysłach potomnych, to jednak sława polskiego monarchy tuż po Wiktorii Wiedeńskiej odcisnęła w Londynie trwałe piętno, a dokonania Sobieskiego były szeroko komentowane w tutejszej prasie. A zatem pozwólcie, że uchylę rąbka tej jego tajemniczej angielskiej podróży, przynajmniej na tyle, na ile pozwalają na to zachowane źródła.
Widział Jan Londyn, ale jaki?
Kiedy tylko dowiedziałam się o wizycie przyszłego króla Jana w Londynie, która miała miejsce w roku 1647, od razu moją wyobraźnię rozpalił obraz ówczesnego miasta, jaki mógł podziwiać osiemnastoletni polski magnat, zwłaszcza, że miał on szansę oglądać tę XVII-wieczną aglomerację niemal dwadzieścia lat przed wybuchem Wielkiego Pożaru, który w roku 1666 (podobno przez nieuwagę jednego z piekarzy) strawił cztery-piąte zabudowy, kompletnie odmieniając wygląd stolicy Anglii.
Londyn, ten „przedwielkopożarowy” był ciasną siatką wąskich uliczek wytyczonych według reguł średniowiecznej zabudowy. Ulokowane przy nich domy były małe, stłoczone, w większości drewniane i pokryte smołą, która co prawda chroniła przed deszczem, ale sprzyjała rozprzestrzenianiu się ognia.
Pulsem Londynu wyznaczającym jego rytm była Tamiza – rzeka karmicielka – główna oś tego portowego ośrodka obsługującego statki z całego świata. Stolica Anglii słynęła z transportu przypraw, jedwabiu i drewna, handlu bawełną i tekstyliami. W centrum miasta znajdował się znany do dziś Borough Market, słynny targ spożywczy. Nie było jeszcze Covent Garden, które jako eleganckie piazza na włoską modłę dopiero powstawało na terenach przyklasztornych ogrodów opactwa westminsterskiego, o czym więcej rozpisywałam się (tutaj).
Były za to: Katedra św. Pawła (choć nieco mniejsza niż dzisiejsza, odbudowana i rozbudowana po Wielkim Pożarze), twierdza Tower of London i niemniej od niej słynny London Bridge. Ten ostatni jednak wyglądał zupełnie inaczej. Stary Most Londyński zbudowany w czasach średniowiecza, za panowania Tudorów był zastawiony kilkuset domami. Niektóre miały po siedem pięter i wychodziły ponad dwa metry nad drogę, dlatego most miejscami stawał się także tunelem.
Londyn z 1647 roku był także mozaiką większych i mniejszych kościołów i klasztorów, z których wiele spłonęło niemal 20 lat później. Miasto to zamieszkiwało około 500 000 mieszkańców, co czyniło je jednym z największych w Europie.
Inna rzecz, że łatwiej sobie wyobrazić Londyn z czasów Sobieskiego, niż to jakie wrażenie zrobiło to miasto na owym polskim szlachcicu. A to dlatego, że o ile opisów angielskiej stolicy zachowało się do dziś całkiem sporo, o tyle zapiski z podróży Sobieskiego i jego starszego brata Marka, to wyłącznie dość skąpa relacja jaką w swoim dzienniku zamieścił ich guwerner niejaki Sebastian Gawarecki.
Co wynika z pamiętnika polskiego katolika?
Z notatek Gawareckiego dowiadujemy się, że polscy podróżnicy wybrali się na podbój Anglii i jej stolicy w ramach większego tourne po Europie. Trwała w niej właśnie wojna trzydziestoletnia, która była dla przyszłego hetmana wielkiego okazją do zaznajamiania się ze sztuką wojenną i militarną.
Obaj bracia przez blisko dwa i pół roku zwiedzają Niemcy, Niderlandy, a także dogłębnie Francję. Wreszcie przychodzi czas na Anglię i Londyn. Docierają do Dover 13 października 1647 roku, płynąc z portu w Calais przez 9 godzin (dziś zajmuje to mniej więcej półtorej godziny). I właśnie owa przeprawa morska była jednym z powodów, dla których na podróż do Anglii nie decydowało się zbyt wielu polskich wycieczkowiczów. Drugim, nie mniej ważnym, odstraszającym elementem miejscowego „krajobrazu” był wrogi stosunek protestanckich tubylców do wszelkiej maści katolików, których niedawno udało im się zmieść z powierzchni Anglii.
Sobiescy i ich guwerner na własnej skórze mieli okazję doświadczyć chłodnego angielskiego powitania, kiedy to nie zostali wpuszczeni do zamku w Dover, ponieważ wzięto ich początkowo za znienawidzonych Francuzów. Te animozje na tle kulturowym i religijnym znalazły swoje odbicie w zapiskach Gawareckiego, który był wielce rozczarowany skutkami protestanckiego ikonoklazmu w miejscowych katedrach, a co za tym idzie zniszczeniem wielu wspaniałych dzieł katolickiej sztuki sakralnej. Oburzały go także: liczba odebranych katolikom kościołów oraz ilość wyznań jakie obowiązywały wówczas na terenie Anglii.
Angielska atmosfera w opinii guwernera
Jednak wróćmy na chwilę do opisu planu samej podróży. Otóż z Dover bracia Sobiescy pomknęli dyliżansem do Cantenbery, zwiedzając tam ruiny opactwa św. Augustyna, kościół parafialny św. Marcina, katedrę Chrystusa i pałac Tudorów. Następnie przybyli do podlondyńskiego portu Gravesend, by podziwiać stacjonujące w nim okręty, a stamtąd udali się do stolicy Anglii. W Londynie zwiedzili wszystkie najsłynniejsze obiekty i miejsca: twierdzę Tower z jej mennicą i arsenałem, katedrę św. Pawła, pałac i Opactwo westminsterskie z kolegiatą św. Piotra, Pałac Buckingham i pobliski Hyde Park. Odwiedzili nawet Hampton Court (o którym pisałam Wam tutaj), czyli jedną z królewskich rezydencji Henryka VIII, a także zamek w Windsorze.
Wybrali się do słynnego ośrodka uniwersyteckiego w Oksfordzie, podziwiając bibliotekę uniwersytecką, kościół i wszystkie tamtejsze kolegia. Ostatnim z odwiedzanych przez Sobieskich miejsc było Rochester w hrabstwie Kent, gdzie oglądali ruiny Zamku Królewskiego, pozostałości murów miejskich, katedrę św. Andrzeja i kościół św. Mikołaja. Na koniec udali się do pałacu w Greenwich. Po zwiedzeniu Londynu i jego najbliższych okolic polscy podróżnicy 15 listopada 1647 roku odpływają do Niderlandów.
Tyle na temat trasy tej wycieczki. Ale gdyby ktoś był ciekawy opinii osiemnastoletniego Sobieskiego o londyńskim vibe’ie, to muszę go z miejsca rozczarować. Jeśli w zapiskach guwernera przyszłego króla Polski można wyczytać ślady jakichkolwiek opinii, to są to spostrzeżenia samego Gawareckiego w stylu: „Przypatrzyliśmy się najpierw miastu, które ma wielką długość swoją, ale nie nazbyt szerokie. Większa część jest z drzewa niźli muru, jakoż barzo siła używają drzewa między mury. Dosyć przecie jest pałaców zacnych proporcyjonalnie i bogato murowanych, także inszych kamiennic”.
Innym razem, odwiedzając Westminster autor dziennika podróży notuje z uznaniem i podziwia kunsztowne wykonanie tamtejszych nagrobków: „o takiej zacności kosztownych marmurów i proporcyjej barzo pięknej, robocie subtelnej także i od mosiądzów”.
Guwerner Sobieskich wspomina niezwykłą różnorodność towarów giełdy kupieckiej, zbiory i bogactwa twierdzy Tower, którą Gawarecki nazywa „Królewską Bastylią”. Jednym z bardziej osobliwych punktów programu zaliczonych przez polskich podróżników były cyrkowe walki zwierząt, które podobno bardzo przypadły im do gustu. Podczas intensywnego pobytu zwiedzili oni szereg kościołów i pałaców królewskich, spotykając się na krótkiej audiencji z dziećmi króla Karola I Stuarta.
„P” jak Poland i „P” jak pomnik
Jak wspominałam we wstępie do tej opowieści są w Anglii pamiątki po Sobieskim, choć nie po samej jego podróży. Obie związane są z jego wielką popularnością jaka dotarła także nad Tamizę po wiedeńskim triumfie nad Turkami. Pierwszym trwałym świadectwem sławy polskiego króla jest nazwa ulicy Poland Street. Znają ją niemal wszyscy mieszkańcy i turyści Londynu, bo znajduje się ona w samym centrum, w dzielnicy Soho, tuż przy ikonicznej Oxford Street.
Jednak zanim powstała Poland Street był w tym miejscu zajazd położony na terenie Little Gelding’s Close należącym do jednej z organizacji kupieckich. Wkrótce po Wiktorii Wiedeńskiej zyskał on nazwę „Pod Polskim Królem”, domyślacie się pewnie na czyją cześć. Dziś pubu „Pod Polskim Królem” próżno szukać pośród wielu innych znajdujących się na tej ulicy, choć sam jego budynek przetrwał do 1940 roku i zniszczyła go dopiero niemiecka bomba. Jednak ulica i jej swojsko dla każdego Polaka brzmiąca nazwa, czyli Poland Street sławią polskiego monarchę po dziś dzień.
Drugą londyńską pamiątką po Sobieskim, czy raczej śladem jego sławy jest pomnik, od dawna już nieistniejący, a i za czasów jego istnienia powiązania z osobą polskiego monarchy były dość problematyczne. Wszystko opierało się jedynie na kilku polskich i brytyjskich źródłach literackich. Co takiego z nich wynika? Ano to, że pomnik jeźdźca w zbroi, którego koń miażdży kopytami leżącego Turka, (znajdujący się swego czasu na Stock-Market-Place, na terenie dzisiejszego City) był pierwotnie zaprojektowany jako rzeźba upamiętniająca Wiktorię Wiedeńską.
Zamówił ją, według miejskiej legendy, pewien polski ambasador, który planował wysłać pomnik do Rzeczpospolitej. Jednak nigdy nie zapłacił za swoje szczególne zamówienie, dlatego decyzją ówczesnego burmistrza Londynu, sir Roberta Vynera, nowego właściciela rzeźby, zmieniono głowę polskiego monarchy na oblicze angielskiego króla Karola II Stuarta. Ten „zasiadł na gotowe” i tak samo pokonywał wroga na rączym rumaku tyle że tym razem był nim Oliwer Cromwell odziany na modłę turecką.
Prawdziwość tej polsko-angielskiej wzruszającej historii burzy zasadniczo jeden podstawowy fakt. Otóż londyński burmistrz zamówił i uroczyście odsłonił pomnik na cześć angielskiego monarchy w dniu urodzin owego króla, w roku 1672, czyli na 11 lat przed wiedeńskim zwycięstwem Sobieskiego nad Turkami. A zatem trudno, żeby pierwotnie był ów monument pamiątką i hołdem na cześć polskiego triumfatora spod Wiednia. Jednak „polska” sława pomnika niosła się po Londynie przez całe dziesięciolecia, co tylko potwierdza wielką popularność, jaką cieszył się na Wyspach nasz król Jan.
Polski magnat… prasowy
Pozwoliłam sobie na taki oto mały żarcik śródtytułowy na potrzeby wzmianki o wzmiankach w angielskiej prasie dotyczących króla Jana III Sobieskiego. Otóż pierwsza z nich (wtedy jeszcze o hetmanie), jaką można odnaleźć w angielskich tekstach źródłowych pochodzi z roku 1667 i opisuje jego potyczki z Tatarami pod Lwowem. Tę wiadomość przekazał angielski agent handlowy Francis Sanderson. Informacje o bohaterze Sobieskim ukazywały się cyklicznie, ze względu na jego wielką popularność, w „The London Gazette”, najstarszej angielskiej gazecie, wydawanej dwa razy w tygodniu. Miała ona korespondentów we wszystkich stolicach i miastach Europy, którzy oprócz swoich zadań dziennikarskich pełnili funkcje handlowe, dyplomatyczne, a można przypuszczać, że także wywiadowcze. Co ciekawe właścicielem tej gazety był John Williamson – ówczesny sekretarz stanu na dworze króla Karola II.
Wśród relacji o Janie Sobieskim w „The London Gazette” pojawiały się te dotyczące bitwy chocimskiej, jego elekcji i koronacji. Źródłem wiadomości na ten temat był nie tylko wspomniany wcześniej Sanderson, ale także fragmenty pochodzące z korespondencji Króla Jana III Sobieskiego do angielskiego monarchy Karola II. O popularności króla Sobieskiego może świadczyć fakt, że ostatnia z prac słynnego angielskiego poety tamtych czasów – Johna Miltona poświęcona była właśnie polskiemu władcy. Można zatem powiedzieć, że ów autor sławił naszego króla przedśmiertnie.
Oczywiście z tą „osiemnastką” Sobieskiego w tytule niniejszej opowieści lekko przesadziłam (ale Ci z Was, którzy czytują moje teksty powinni być do tego jakoś przyzwyczajeni). Nie sądzę, żeby nasz pełnoletni podróżnik w ogóle ją świętował, ale nawet gdyby, to biorąc pod uwagę fakt, że owe osiemnaste urodziny Jana Sobieskiego wypadały w sierpniu – zastały go najpewniej gdzieś na terenie Francji.
A jeśli chcielibyście dokładniej prześledzić spostrzeżenia samego Sebastiana Gawareckiego z czasu tej londyńskiej przygody, warto sięgnąć do jego opisu podróży zachowanego w zasobach wielkopolskiej biblioteki cyfrowej (https://www.wbc.poznan.pl/publication/58670)
Jeśli ten post albo mój blog spodobał Ci się na tyle, żeby postawić mi symboliczną angielską herbatkę albo kieliszek prosecco, (które piję jak herbatkę), to wystarczy, że klikniesz przycisk poniżej.
Dziękuję i obiecuję, że wzniosę toast za Twoje zdrowie (także herbatką, jak będzie trzeba)!



