BlondynkaNadTamiza
Menu
  • HOME
  • O BLOGU
  • SPACERUJE
  • ZWIEDZA
  • POLECA
  • PODRÓŻUJE
  • SMAKUJE
  • OSZCZĘDZA
  • ZAGLĄDA
  • ROZMAWIA
Menu

Afrykańsko-karaibska skarbnica smaków z Brixton

Posted on 2023-09-152023-09-16 by Anna Kolczyńska

Tym razem – Londyn na egzotycznie – co Wy na to? Ta smakowita propozycja miałaby szansę zrealizować się w wielu miejscach, ale ja wybrałam jedno z najsłynniejszych – targ w południowej dzielnicy zwanej Brixton. Wielki potencjał tego marketu został dostrzeżony dawno temu także przez polskich krytyków kulinarnych. Bogactwem i różnorodnością oferowanych tu specjałów zachwycał się, w jednym ze swych programów, między innymi Robert Makłowicz, podkreślając fakt, że można na Brixton Market kupić najdziwniejsze i najbardziej egzotyczne warzywa, owoce, ryby i przyprawy z całego świata.

Ale to coś zdecydowanie więcej niż najbardziej oryginalny targ z jedzeniem, bo wyjątkowe i elektryzujące jest także samo miejsce, w którym się on znajduje – dzielnica Brixton. Nie da się opowieści o niej zmieścić w jednym opisie, dlatego na pewno nie raz tu jeszcze wrócimy w moich blogowych historiach. Tymczasem teraz skupię się na samym targu, który odwiedziłam w ostatnią upalną sobotę.

Od Czarnego Lądu aż po White Duke’a

Brixton Market zwany jest afro-karaibskim centrum Londynu nie tylko ze względu na swoją egzotyczną ofertę, ale także na okolicę zamieszkałą w dużej mierze przez przedstawicieli obu tych nacji. Sobotni żar lejący się z nieba idealnie podkreślał afrykański klimat dzielanki. Zresztą, gdy tylko wyjdzie się ze stacji metra nie można mieć wątpliwości, że rządzą tu mocno południowe motywy rodem z Czarnego Lądu. Muzyka reagge sączy się z każdego niemal głośnika, uliczne stragany pełne są outfitów w etniczne afrykańskie wzory, przypraw i kadzidełek o orientalnych zapachach. Nawet wygląd miejscowej biżuterii, pamiątkowej nie pozostawia złudzeń co do tego „Who is in charge”.

image00078
image00079
image00077
image00072
image00071
image00075
image00073
image00076

Wszystko to widać, czuć i słychać zanim jeszcze dotrze się na słynny miejscowy targ. Obowiązkowym punktem powitania z dzielnicą są odwiedziny Davida Bowie’go, a właściwie pamiątkowego muralu z jego podobizną znajdującego się naprzeciwko stacji. Miejsce nie jest przypadkowe, bo „dzielanka” Brixton to dawne rewiry White Duke’a. Tu się urodził i pod numerem 40 Stansfield Road, jeszcze jako zwykły David Robert Jones, mieszkał przez pierwszych sześć lat swojego życia. I tu, w wieczór jego odejścia z tego świata 10 stycznia 2016 roku, odbyła się spontaniczna i bardzo energetyczna stypa uliczna, którą, jeśli tylko obserwował (trudno stwierdzić czy aby na pewno z góry) musiała mu się podobać!

Elektryzujące początki ulicznego handlu

Tymczasem prosto spod muralu skierujmy się w stronę Brixton Market, znajdującego się po drugiej stronie ulicy, nieopodal stacji metra przy Electric Avenue, którą „dla formy” powinno się przemierzać kołyszącym się krokiem jak śpiewał o tym Eddie Grant w refrenie swojego popularnego hitu poświęconego tej właśnie ulicy: “Good God we gonna rock down to Electric Avenue…”  

A zatem, „o Dobry Boże będziemy się teraz kołysać przy Electric Avenue”, ulicy, którą rozsławił ten gujańsko-brytyjski muzyk. Jest z nim ona kojarzona do tego stopnia, że kiedy w 2016 roku odnowiono neon z jej nazwą, to podczas jego uroczystego odpalenia na scenie, (na której obecny był burmistrz Londynu Sadiq Khan) Eddie Grant wykonywał właśnie ten utwór.

 Zaczyna się on od słów „Teraz na ulicy panuje przemoc…”, co w latach 80-tych ubiegłego wieku, kiedy utwór powstał, idealnie odmalowywało klimat tej ulicy będącej ulubionym rewirem gangów narkotykowych. 

Ale ma ona i swoją chlubną historię, bo zbudowana w latach osiemdziesiątych XIX wieku, była pierwszą w Londynie ulicą targową oświetloną światłem elektrycznym. Pierwotnie miała także eleganckie, żeliwne wiktoriańskie daszki nad chodnikami, które zostały zniszczone i usunięte w latach 80. XX wieku. Jednak przez ostatnie 40 lat korki elektryzującej złej sławy Electric Avenue mocno wysiadły i teraz, szczególnie w biały dzień, można się po niej przechadzać bez obawy o własne życie, (co najwyżej o portfel czy telefon).

By Frederick Rolfe - The Sketch, 1895, Public Domain

Brixton Market – jare, bo stare!

A teraz czas najwyższy by poświęcić trochę uwagi samemu Brixton Market, który ze wszech miar na to zasługuje choćby z tego względu, że został wpisany na English Heritage, jako obiekt dziedzictwa narodowego dzięki staraniom okolicznych mieszkańców.

image00042
image00040
image00038
image00041

Historia tego ulicznego marketu sięga lat 70. XIX wieku. Wtedy to na pobliskiej ulicy Atlantic Road powstało targowisko, które stopniowo przeniosło się na Brixton Road. W ciągu następnych kilku dekad dzielnica intensywnie się rozwijała, wprowadzali się do niej nowi handlowcy poszerzając gamę produktów i usług. W latach 20. i 30. XX wieku, w sąsiedztwie bazaru na świeżym powietrzu, wybudowano trzy zadaszone i przeszklone arkady: Reliance Arcade, Market Row i Granville Arcade (niedawno przemianowane na Brixton Village), pod którymi urządzono galerię handlową.

Ale prawdziwy renesans Brixton Market nastąpił w pierwszej dekadzie XXI wieku, kiedy to zabytkowe tereny targowe znajdujące się pod dachem pobliskich pasażów zostały odnowione, zyskując hipsterski sznyt. Od tego czasu w kolorowych tętniących życiem sklepikach, kawiarniach i restauracjach wypada się pokazać, szczególnie w sobotę, kiedy wokół organizowane są targi ubrań, butów, biżuterii, mebli w stylistyce retro i vintage, a całe Brixton tętni muzyką odbywających się tu koncertów i imprez.

image00024
image00015
image00007
image00044
image00039
image00048
image00012
image00006
image00014
image00020
image00013
image00021
image00016
image00022
image00019
image00011
image00008
image00010
image00009

Jednak Brixton Market to przede wszystkim targ spożywczy, z ponad setką handlowców reprezentujących 50 krajów na świecie. Słynie on ze sprzedaży produktów charakterystycznych dla kuchni afrykańskiej i karaibskiej, ale są tu także specjały pochodzące z Japonii, Portugalii czy Ameryki Południowej. Na amatorów egzotycznych smaków czekają między innymi pataty, papryczki, ślimaki czy latające ryby. 

image00055
image00033
image00005
image00032
image00060
image00026
image00035
image00061
image00054
image00056
image00001
image00031
image00062
image00030
image00045
image00025
image00059
image00003

Miejscowi sprzedawcy oferują nawet suszoną głowę węża jak również najróżniejsze i najdziwniejsze przyprawy i zioła.

Oczywiście można tu bez najmniejszego problemu zaopatrzyć się w „inne przyprawy i zioła” oferowane w ciemnych zakątkach targowego wiaduktu. Jednak, jeśli ktoś akurat nie ma w planach takiego zakupu to lepiej do nich nie zaglądać.     

Co ciekawe, tym wyjątkowym miejscem nie zarządzają lokalne władze czy prywatne przedsiębiorstwo – targowisko pozostaje w rękach samych handlowców, którzy stworzyli niezależną federację wspierającą przede wszystkim lokalnych dostawców. Zadaszone arkady zawsze były własnością prywatną, choć na ich renowację przeznaczono znaczne środki publiczne w ramach programu grantowego Brixton Challenge.

Płatne w Davidach Bowie

Kreatywność tutejszej społeczności objawiała się nie tylko w niezwykle urozmaiconej ofercie handlowej, ale także w finansach. W 2009 roku, zanim na świecie ruszyły na dobre suszarki do bitconów, tutejsi spece-finansiści wprowadzili do obrotu lokalną walutę w postaci funta brixtońskiego (od 2012 roku dostępnego także w formie elektronicznej). Podobno w obiegu znajduje się wciąż 500 000 sztuk tych banknotów, jest nawet dedykowany im bankomat. Brixton pounds uznawała (i być może nadal to robi) część działających na terenie Brixton Market handlowców. Można więc było zapłacić za zakupione tutaj towary np. Davidem Bowie, którego podobizna widniała na nominałach niektórych brixtońskich banknotów.

Jeśli więc chcecie się na własne oczy przekonać, czy White Duke na „czarnym” rynku nadal jest w cenie – nie ma lepszej opcji jak wybrać się na Brixton Market, z którego przy okazji można wrócić z głową węża w kieszeni (zakupioną w prawie rozsądnej cenie)!.

Jeśli ten post albo mój blog spodobał Ci się na tyle, żeby postawić mi symboliczną angielską herbatkę albo kieliszek prosecco, (które piję jak herbatkę), to wystarczy, że klikniesz przycisk poniżej.

Dziękuję i obiecuję, że wzniosę toast za Twoje zdrowie (także herbatką, jak będzie trzeba)!

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

BLONDYNKA O SOBIE


„Kobieta renesansu”, która żadnej pracy się nie boi (ale niektórych profesji, z zasady, unika). Plastyczka, absolwentka archeologii śródziemnomorskiej (z miłości do egipskich starożytności), reporterka telewizyjna, stylistka wnętrz, rzeczniczka prasowa jednego z warszawskich muzeów, redaktorka merytoryczna (od zawsze i na zawsze), szefowa pewnej ważnej kampanii (ale nie wrześniowej), działaczka polonijna. Obecnie kuratorka i propagatorka sztuki.


Po pracy: projektantka kolczyków i zwariowanych nakryć głowy, dekoratorka tortów, a incydentalnie sopranistka pewnego londyńskiego chóru. Spontaniczna podróżniczka, tropicielka absurdów, dociekliwa zwiedzaczka i niestrudzona spacerowiczka, spostrzegawcza Cyklopka dokumentująca wszystko trzecim okiem (obiektywu).


Blondynka od zawsze, od niedawna blogerka (czyli bLONDYNka nad Tamizą) opisująca uroki Londynu. Mieszkanka stolicy Wielkiej Brytanii (od prawie dekady) zakochana w tym mieście po uszy i oczy, czyli


Ania Kolczyńska

  • O BLOGU
  • OSZCZĘDZA
  • PODRÓŻUJE
  • POLECA
  • ROZMAWIA
  • SMAKUJE
  • SPACERUJE
  • ZAGLĄDA
  • ZWIEDZA

WSPARCIE BLOGA

Jeśli ten post albo mój blog spodobał Ci się na tyle, żeby postawić mi symboliczną angielską herbatkę albo kieliszek prosecco, (które piję jak herbatkę), to wystarczy, że klikniesz przycisk poniżej.

Dziękuję i obiecuję, że wzniosę toast za Twoje zdrowie (także herbatką, jak będzie trzeba)!

FOLLOW ME

©2022 | Anna Kolczyńska