BlondynkaNadTamiza
Menu
  • HOME
  • O BLOGU
  • SPACERUJE
  • ZWIEDZA
  • POLECA
  • PODRÓŻUJE
  • SMAKUJE
  • OSZCZĘDZA
  • ZAGLĄDA
  • ROZMAWIA
Menu

Nowe odkrycie na Oxford Street – Pop Mart

Posted on 2025-12-122025-12-14 by admin02

Mimo, że ostatnio wręcz pędziłam zamiast przechadzać się po Oxford Street to i tak moją uwagę przyciągnął krzykliwy, żółty szyld i tłumek zakupoholików nabożnie przekraczających progi tego przybytku.

Pomyślałam, że to nowa bubble tea albo kolejna sieciówka z rzeczami, których nikt nie potrzebuje. Jednak tym razem trafiłam na Pop Mart – sklep, który wygląda jakby ktoś wziął całą estetykę TikToka, potrząsnął nią i wysypał na ladę.

Okazało się, że ten chiński brand to prawdziwy hit wśród młodych Londyńczyków, choć sama odkryłam go dopiero teraz.

Weszłam więc do środka, bo czemu nie, przecież muszę to dla Was zrecenzować! A tam… półki wyładowane dużymi i małymi figurkami, będącymi miksem sztuki, mody oraz kreskówkowej wyobraźni. Ani to zabawki dla dzieci, ani dekoracje do domu, ani gadżety… a jednocześnie wszystko naraz.

⭐ O co chodzi z tym trendem?

Podobno to  w miarę nowa wersja „designer toys” albo „art toys” — kolekcjonerskich figurek tworzonych przez niezależnych artystów. 

Każda postać jest częścią limitowanej serii, a kupuje się je w tzw. blind boxach. To znaczy: kupujesz pudełko, ale nie masz pojęcia, co jest w środku. Trochę jak współczesne pudełko-niespodzianka, które wywołuje w dorosłych taki sam dreszczyk emocji, jak u dzieci.

Największą popularnością cieszą się podobno serie: 

  • Skullpanda – najbardziej „dorosła” estetyka.Mroczno-urocza, modowa, trochę gotycka;
  • Dimoo – pastelowy, melancholijny chłopiec z wielką głową. W sam raz dla osób kochających styl kawaii, ale ten nieprzesłodzony;
  • Molly – ikoniczna, najbardziej rozpoznawalna postać Pop Martu;
  • Crybaby – figurki stylizowane na bobasy przebierane w różne tematyczne stroje.

Wszystko to estetyczne, artystyczne i trochę nie z tego świata. Brzmi szlachetnie, ale w praktyce to małe plastikowe stworki z dużymi oczami i ceną, która sprawia, że zastanawiasz się, czy to jeszcze hobby, czy już finansowy rollercoaster.

Ludzie tłoczą się w kolejce jak do wyroczni, żeby kupić blind box – swoje pudełko-niespodziankę. Dosłownie stoją przy ladzie jak przy małej loterii, zastanawiając się, jaką postać uda im się trafić.

Kupujesz coś, nie wiedząc co, i najwyraźniej jest to ekscytujące. Brzmi jak idealny model biznesowy: sprzedawanie losowości w ładnym opakowaniu. Otwieranie blind boxów jest podobno „emocją”. Możliwe. Ja miałam podobne emocje, kiedy pomyślałam, że być może płaci się tu głównie za opakowanie.

⭐ Dlaczego Londyn to uwielbia?

  • Bo to jest kolorowe i instagramowe.
  • Bo to limitowane serie – niektóre modele są niemal nieosiągalne, co sprawia, że kolekcjonowanie staje się emocjonujące.
  • Bo to moda na „cute culture” – Londyn kocha azjatycki pop design, estetyka kawaii robi furorę, a Pop Mart idealnie w to trafia.

⭐ Moje wrażenia?

No cóż…, czułam się trochę jak w muzeum współczesnej sztuki, tylko że zamiast instalacji mamy rzędy plastikowych oczu patrzących na mnie z półek. Klienci naprawdę wyglądali, jakby przeżywali tam swoje małe chwile szczęścia, więc nie będę oceniać — każdy ma swoje guilty pleasures.

Czy to trend, który mnie wciągnie?
Nie sądzę, nie potrzebuję w życiu dodatkowej dawki losowości, zwłaszcza płatnej. Ale muszę przyznać: to fascynujące obserwować, jak daleko można zajść, sprzedając ludziom ładnie zaprojektowane niespodzianki.

Oxford Street znów mnie zaskoczyła. Choć Pop Mart istnieje już od kilku lat, na europejskich ulicach dopiero zaczyna błyszczeć. I wygląda na to, że to zaledwie początek — bo młodzi ludzie, szczególnie w Londynie, uwielbiają wszystko, co unikatowe, limitowane i wizualnie dopracowane.

Nie wiem, czy wrócę do Pop Martu — ale jeśli będzie tam promocja na „niespodziankę poniżej 5 funtów”, to może dam się skusić. Dla nauki. I dla mojego bloga.

A jeśli ten przedświąteczno-zakupowy trend Was nie zachwycił (podobnie jak i mnie) to zapraszam na prawdziwie świąteczne klimaty Londynu, które opisałam już kiedyś dla Was tutaj.

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

BLONDYNKA O SOBIE


„Kobieta renesansu”, która żadnej pracy się nie boi (ale niektórych profesji, z zasady, unika). Plastyczka, absolwentka archeologii śródziemnomorskiej (z miłości do egipskich starożytności), reporterka telewizyjna, stylistka wnętrz, rzeczniczka prasowa jednego z warszawskich muzeów, redaktorka merytoryczna (od zawsze i na zawsze), szefowa pewnej ważnej kampanii (ale nie wrześniowej), działaczka polonijna. Obecnie kuratorka i propagatorka sztuki.


Po pracy: projektantka kolczyków i zwariowanych nakryć głowy, dekoratorka tortów, a incydentalnie sopranistka pewnego londyńskiego chóru. Spontaniczna podróżniczka, tropicielka absurdów, dociekliwa zwiedzaczka i niestrudzona spacerowiczka, spostrzegawcza Cyklopka dokumentująca wszystko trzecim okiem (obiektywu).


Blondynka od zawsze, od niedawna blogerka (czyli bLONDYNka nad Tamizą) opisująca uroki Londynu. Mieszkanka stolicy Wielkiej Brytanii (od prawie dekady) zakochana w tym mieście po uszy i oczy, czyli


Ania Kolczyńska

  • O BLOGU
  • OSZCZĘDZA
  • PODRÓŻUJE
  • POLECA
  • ROZMAWIA
  • SMAKUJE
  • SPACERUJE
  • ZAGLĄDA
  • ZWIEDZA

WSPARCIE BLOGA

Jeśli ten post albo mój blog spodobał Ci się na tyle, żeby postawić mi symboliczną angielską herbatkę albo kieliszek prosecco, (które piję jak herbatkę), to wystarczy, że klikniesz przycisk poniżej.

Dziękuję i obiecuję, że wzniosę toast za Twoje zdrowie (także herbatką, jak będzie trzeba)!

FOLLOW ME

©2022 | Anna Kolczyńska