Londyn ma to do siebie, że nawet kiedy idziecie tylko po chleb, możecie niechcący wdepnąć w osiemset lat historii. A jeśli skręcicie nie w tę stronę Tower Bridge, co trzeba – to odkryjecie miejsce tak malownicze i tak… nieoczywiste, że przez chwilę poczujecie się jak bohaterowie serialu BBC o sekretnym życiu dawnych portów.
Witajcie w St Katharine Docks – miejscu, gdzie kiedyś królowały dźwigi, szanty i spracowani marynarze, a dziś… caffe latte, luksusowe „skorupy” i lekko znudzone koty właścicieli tych jachtów.
📜 Trochę historii, ale bez ziewania
Doki nazwano tak na cześć średniowiecznego klasztoru i szpitala św. Katarzyny, który w XIX wieku musiał ustąpić miejsca nowoczesności (czytaj: przyszła rewolucja przemysłowa, która za nic miała potrzeby słabszych).
I w takim właśnie rewolucyjno-przemysłowym czasie powstały – jako jedne z najnowocześniejszych portów w Londynie – z myślą o szybszym rozładunku towarów i ochronie przed złodziejami. Ich budowę rozpoczęto w maju 1827 roku, a już 25 października 1828 roku doki zostały oficjalnie otwarte.
Autorem portowego założenia był inżynier Thomas Telford i był to jego jedyny projekt doków w Londynie. Trzeba przyznać – niezwykle wizjonerski – cały kompleks zaprojektowano tak, by ładunek mógł być rozładowywany bezpośrednio do magazynów, które otaczały baseny.
Budynki magazynowe (Warehouse A, B, C, D, E) zbudowano z cegły i żeliwnych konstrukcji, z charakterystycznymi łukowatymi oknami i dźwigami przy fasadach. Tworzyły one portowy labirynt, w którym przeładowywano przyprawy, herbatę, wino, kość słoniową, bawełnę… i marzenia o imperium.
Te marzenia miały swoją konkretna cenę, bo w trakcie budowy wysiedlono około 11 tysięcy mieszkańców – głównie biednych rodzin zamieszkujących wąskie uliczki East Endu.
Po II wojnie światowej, podczas której cały ten obszar został poważnie zbombardowany, doki zaczęły tracić na znaczeniu, głównie przez rozwój kontenerowców, które nie mieściły się w centralnym Londynie. W końcu w 1968 roku zostały zamknięte.
Rewitalizacja z fasonem
I wtedy… tadam! przyszli architekci z wizją. Zamiast zburzyć – odrestaurowali. Projekt rewitalizacji był jednym z pierwszych przykładów adaptacji zabytków przemysłowych do nowych funkcji w Londynie, stworzonych zgodnie z zasadą: „żyj, pracuj, jedz i spaceruj”.
Nie wyburzano, lecz zachowano strukturę, wtopiono nowoczesność w ceglane mury, zostawiając przestrzeń na oddech i wodę. Adaptowano oryginalne elementy: bruk, żurawie portowe, stare magazyny – wszystko pięknie wpisane w aktualne trendy oraz potrzeby nowych użytkowników.
Na miejscu jednego z magazynów stoi teraz The Tower Hotel, z którego rozciąga się widok na Tower Bridge.
Dziś StKatharineDocks to spokojna marina, biura, apartamenty i – co najważniejsze – cudownie ukryte trasy spacerowe. Taka mini-Wenecja, tylko zamiast gondol są jachty, a zamiast śpiewu – stukanie kieliszków z szampanem.
🚶♀️ Spacerowa trasa blondynki (z przystankami na historię i piwo)
Jeśli chcecie poczuć klimat dawnych doków (oczywiście bez ryzyka szkorbutu), polecam taką trasę:
Start: Tower Hill – rzut oka na Tower of London, selfie z krukiem (albo zamkowym strażnikiem).
2. Przejście do StKatharineDocks – wejdźcie przez Marina Walk i zagubcie się wśród jachtów. Popatrzcie w górę, a zobaczycie stare dźwigi, które kiedyś naprawdę pracowały!
3. Kanał do Wapping – idźcie wzdłuż Tamizy, trasa wiedzie przez stare magazyny portowe i brukowane uliczki. Można poczuć się jak bohaterka powieści detektywistycznej.
4. Meta? Pub. A najlepiej – trzy!
🍺 Trzy puby, które warto zaliczyć po drodze:
1. The Dickens Inn – nie sposób go przegapić, bo znajduje się tuż przy marinie. Drewniany, porośnięty zielenią, wygląda jak domek z bajki, ale to dawny magazyn przyprawz XVIII w., przeniesiony kilka metrów dalej i zamieniony w pub.
Plotka głosi, że sam Dickens tu bywał, choć to XIX-wieczna rekonstrukcja. Macie za to balkon z mega widokiem, porośnięty kwiatami – dotego cider w ręce – ideał.
2. Captain Kidd (Wapping) – z tarasem nad samą Tamizą i historią rodem z pirackiego rozdziału. Nazywa się tak na cześć słynnego pirata, którego stracono właśnie niedaleko, przy Execution Dock. Znajduje się w pięknym, ceglastym budynku, z wielkimi oknami z widokiem na Tamizę.
Druga z jego nazw jest także nieprzypadkowa, bo to właśnie w Wapping odbywały się egzekucje morskich przestępców. Dziś zamiast katów – kelnerzy, ale dawny klimat został.
The Prospect of Whitby – jeden z najstarszych riverside pubów w Londynie. Podobno działający od XVI wieku (!), datowany na 1520 rok (!). O innym dzierżącym miano najbardziej wiekowej gospody nad Tamizą pisałam Wam tutaj. Marynarze, piraci, sędziowie… wszyscy pili w Prospectcie.
Do dziś można zobaczyć tu drewniany trap i szubienicę (oczywiście na zewnątrz) – pamiątkę po dawnych czasach. Do tego drewniane belki, kominek, i kamienna podłoga sprzed 400 lat – widok, który mógłby malować sam Turner.
I uwaga! Jest jeszcze czwarty pub nie do przeoczenia – ten mój najulubieńszy, czyli The Grapes, ale ponieważ pisałam o nim całkiem niedawno na moim blogu, a jego historia jest naprawdę czarowna, to odsyłam Was do swojego posta sprzed kilku tygodni tutaj.
Blondynka (z mapą w jednej ręce i kieliszkiem wina w drugiej)
Zamiast klasycznego Londynu tu możecie poczuć ten z historią pod stopami, bryzą znad wody i aromatem stouta w powietrzu. Doki św. Katarzyny to moje antidotum na zgiełk i beton – może i Wasze?