Wybrałam się ostatnio na Soho do pewnego pubu, który – czułam to – aż się prosił, by zaistnieć na moim blogu. Idąc tam nie zapominałam o podstawowej zasadzie eksplorowania Londynu: „zawsze patrz w górę!”. Kiedy więc zmierzając do tawerny opiewającej nakrycia głowy podniosłam wzrok zobaczyłam nie tylko wielki cylinder nad wejściem do Mr Fogg’s Hat Tavern, ale kontem oka dostrzegłam także imponujący napis na froncie pokaźnej budowli stojącej naprzeciwko.
Zaintrygował mnie on na tyle, że już po chwili zaczęłam odkrywać historię tego miejsca znacznie bardziej ciekawą niż mocno naciągana (niczym cylinder) i całkiem nowa legenda miejscowego pubu. I tak oto zamiast o pubie pełnym kapeluszy opowiem Wam bardziej o budynku stojącym po drugiej stronie ulicy, w którym przez kilka stuleci mieściła się fabryka szykownych nakryć głowy.
Fabryka z bobrem w tle
Naprzeciw pubu a właściwie tawerny, która swą nazwę i pomysł na wystrój wnętrza wzięła właśnie od wiekowej sąsiadki, czyli fabryki kapeluszy) zwraca uwagę duży napis. Jak już Wam wspomniałam biegnie on wzdłuż ceglanej fasady przy Hollen Street informując o nazwie firmy Henry’ego Heatha znajdującej się na tyłach ikonicznej Oxford Street.
Jednak, gdy obejdzie się ten budynek dookoła i stanie przed jego frontem, a dodatkowo zadrze głowę do góry to… okaże się, że na szczycie kamienicy pod numerami Oxford Street 105 do 109 (w budynku tym, obecnie mieszczą się sklepy Tiger i Footlocker), można dostrzec przedziwny kwartet stworzeń zdobiących dach.
Siedzą tam cztery kamienne bobry i tak razem od 130 lat spoglądają na kupujących na Oxford Street. Dlaczego akurat bobry, a nie na przykład dużo od nich popularniejsze architektonicznie gargulce? Odpowiedź na to pytanie, kryje się w historii i specyfice tutejszych kapeluszowych wyrobów. Otóż, kiedy mieściła się tu fabryka kapeluszy Henry’ego Heatha jej najsłynniejszym przez wiele lat modelem były wysokiej jakości cylindry filcowane bobrowym futrem.
Jak głosiły ówczesne reklamy te męskie nieodzowne dla każdego gentelmana nakrycia głowy wytwarzano z filcowanych futer bobrów, wydr, królików, zajęcy i piżmowców. Jednak to właśnie futro bobra było preferowane w produkcji kapeluszy ze względu na jego właściwości wodoodporne. Zatem wybierając motyw bobrowych rzeźb zdobiących front fabryki, pan Heath popisywał się jakością swoich materiałów.
Zgodnie z ówczesną maksymą, która najwyraźniej musiała brzmieć: „W niczym Ci nie będzie tak dobrze jak w bobrze!” „bobrowe” cylindry były nieodzownym elementem garderoby modnego angielskiego dżentelmena począwszy od lat 50. XVI wieku.
Koszty tej ekstrawagancji ponosili jednak nie tylko owi londyńscy dandysi, ale przede wszystkim wziął je na swoje barki europejski bóbr, który w XVII wieku został niemal całkowicie wytępiony właśnie ze względu na swoje cenne futro. Handel tym szczególnym towarem został przywrócony dopiero wówczas, gdy Kompania Zatoki Hudsona rozpoczęła jego import z Kanady na początku XVIII wieku.
Historia kapelusznictwa z Oxford Street
Sama firma Henry Heath, jak się wydaje, rozpoczęła działalność za panowania króla Jerzego IV w 1822 roku. I pewnie dlatego na froncie budynku wciąż widoczna jest płaskorzeźba monarchy Jerzego obok tej właśnie daty. Dopełnia je przedstawienie królowej Wiktorii i rok 1887, który prawdopodobnie dotyczy przebudowy siedziby.
Według materiałów reklamowych firmy z 1879 roku fabryka kapeluszy Heatha gwarantowała „1. jakość; 2. doskonałość wykończenia; 3. styl”. Henry Heath odmawiał dostarczania towarów do jakichkolwiek „sklepów spółdzielczych”, a zatem jeśli kupowało się kapelusz tej firmy, to wyłącznie bezpośrednio z fabryki i za gotówkę.
Cylindry przyprawiające o szaleństwo
W połowie XIX wieku jedwab wyprzedził skórę bobrową jako modny wariant wykończenia cylindrów i tak oto przestano wyżywać się na bobrach, a zaczęto w tej sprawie zamęczać jedwabniki.
Jednak nowy pomysł nie był taki zły, zważywszy na to jak niebezpiecznym efektem ubocznym była praca z futrem bobrowym. Otóż fabryka kapeluszy i cylindrów przy Oxford Street zatrudniała 70 pracowników, których zadaniem było między innymi moczenie skóry w pomarańczowym roztworze zawierającym azotan rtęci, a proces ten nazywano „marchewkowaniem”. Opary rtęci zatruwały układ nerwowy ludzi pracujących przy tej czynności, wywołując u nich drażliwość, depresję, paranoję czy demencję. Niestety choć skutki narażenia na rtęć były powszechnie znane musiało upłynąć dużo czasu, zanim praktyki produkcyjne uległy zmianie.
Firma pana Heatha reklamowała swoje produkty do 1931 roku i niewątpliwie niedługo po tym czasie zamknięto sklep z powodu spadku liczby osób noszących kapelusze. Musicie przyznać, że ta historia wiktoriańskiego przybytku słynącego z produkcji wytwornych cylindrów warta była uwagi!
Tymczasem zapraszam Was na chwilę do miejsca, które jak wspominałam było pierwszym celem tej mojej londyńskiej wycieczki. Zajrzyjmy więc razem na krótką chwilę do Mr Fogg’s Hat Tavern, która uraduje wzrok wielbicieli eklektycznych i dziwacznych nakryć głowy, do których niewątpliwie zaliczam się i ja.
Pub cylindryczny albo kapeluszowa tawerna
To wnętrze znacznie lepiej jest oglądać niż o nim opowiadać, bo słynie przede wszystkim ze swego ekscentrycznego wystroju.
Ulokowane na Great Chapel Street w Soho nie tylko znajduje się naprzeciwko dawnej wiktoriańskiej fabryki kapeluszy, ale mieści się w byłym klubie ginowym.
Już z zewnątrz widać w pubowych witrynach oryginalne nakrycia głowy, a kiedy przekroczy się próg kapeluszowej tawerny jest ich znacznie więcej.
Długi bar otoczony jest przez oryginalne stoły, których blaty zostały przekształcone w szklane gabloty ekspozycyjne. Prezentują one kapelusze i akcesoria produkowane niegdyś przez pobliską fabrykę. Sącząc swój ulubiony trunek można więc podziwiać misterne pasmanteryjne kompozycje składające się z motków nici, koronek, miarek krawieckich czy zabytkowych guzików.
Wszystko to jest otoczone zniszczonymi przez czas ścianami z drewnianymi panelami i brązowym sufitem upstrzonym wiszącymi osobliwościami.
Pod nim goście mogą podziwiać wspaniały wybór rozmaitych nakryć głowy, a także portrety modnych postaci noszących kapelusze, które zdobią tutejsze ściany.
W Mr Fogg’s Hat Tavern dostaniecie wymyślne koktajle, takie jak Bowler, który łączy koniak, rum i gorzkie czekoladowe pikantne nuty. Ta gościnna tawerna oferuje także imponujący wybór piw beczkowych, ale, ponczów.
Mając tak nieograniczony wybór nie zamawiajcie zatem białego domowego wina, bowiem smakuje ono jakby dłuższy czas leżakowało w jednym z cylindrów Henry’ego Heatha i zdążyło na dobre przesiąknąć bobrowym futrem.
Opisując tawernę celowo nie wspominam o tajemniczym The Gin Club ukrytym pod gwarnym parterem, do którego wiedzie sekretne wejście. Owa podziemna ekskluzywna przestrzeń (podobnie jak kapeluszowa tawerna) jest częścią wymyślnego konceptu tematycznych barów Mr Fogg’s.
Mr Fogg’s Hat Tavern & Gin Club jest też najnowszym punktem na mapie stale rozwijającego się imperium pana Fogga, którego nazwisko możecie kojarzyć ze słynnej powieści Juliusza Verne’a „W 80 dni dookoła świata”. Sieć lokali pana Fogga obejmuje osobliwe tawerny, efektowne wagony kolejowe, podziemne apteki i wiele innych dziwacznych barów koktajlowych w stylu wiktoriańskim. I choćby dlatego domaga się osobnej opowieści, a z pewnością osobnej sesji zdjęciowej, którą już teraz Wam obiecuję.












